Alunah – “Solennial” (2017)

Najnowsze dzieło doomowców z Alunah doskonale pokazuje dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że czasem warto dać płycie trochę więcej czasu i nie kierować się przesadnie początkowym wrażeniem. Natomiast druga sprawa, to potwierdzenie starej, ale często zapominanej prawdy, że nie raz prostymi środkami, można wiele osiągnąć.

Brytyjczycy z Alunah nigdy muzycznymi wirtuozami nie byli. Jednocześnie Solennial to pierwsza w ich dorobku płyta, przy której ów brak wirtuozerii zupełnie nie przeszkadza. Owszem, jest dość topornie, a riffologia jest tutaj mocno schematyczna, ale im więcej czasu poświęcałem tej płycie, tym przyjemniej mi się jej słuchało. A jestem człowiekiem, który przy większości pozbawionych polotu doomów i stonerów, zasypia najdalej w połowie albumu.

Tak się jednak składa, że na Solennial warstwa instrumentalna stanowi bardziej tło i przystawkę, niż danie główne. Czołową rolę pełni wokal Sophie Day, która dysponuje niesamowitą i oryginalną barwą głosu. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do poprzednich albumów grupy, jej potencjał został najpełniej wykorzystany. Linie melodyczne Sophie w takim Feast of Torches, czy The Reckoning of Time, to czysta poezja i zarazem najjaśniejsze punkty płyty. Poziom albumu jest bardzo równy i Solennial za każdym razem przesłuchiwałem w całości bez uczucia znużenia, za to coraz bardziej „wsiąkając” w ten materiał. Jedynie Light of Winter stanowi dość niemrawy początek płyty, a podzielony na dwie części – szybszą i wolniejszą – Lugh’s Assembly można było troszkę skrócić.

Solennial jest niezwykle klimatyczny. Nie uświadczymy tu wielu niespodzianek, ale atmosfera jest gęsta niczym mgła na angielskim wrzosowisku. W końcu ta magia, w której Alunah jest tak rozmiłowana faktycznie przejawia się w całych utworach, a nie jedynie w tekstach. I jest to magia pozbawiona kiczu – prawdziwa rzadkość, choć jak to z magią bywa – zapewne nie do każdego trafi.

Inna sympatyczna rzecz odnośnie Solennial, to zaskakująco szeroka paleta emocji. O ile w takim spokojnym Petrichor czy Lugh’s Assembly dominuje smutek i pogrzebowy klimat podciągnięty od My Dying Bride, o tyle Feast of Torches ma w sobie moc pozytywnej energii. Zaś zaskoczeniem może być fakt, że album zamyka cover The Cure, słynny A Forest, przerobiony tu na doomową modłę, który wypada bardzo zgrabnie, a wokal Sophie dodaje mu charakteru.

O ile nie macie uczulenia na kobiece wokale, dajcie Solennial szansę. Szyb Wam nie wysadzi i szczęki nie stracicie, ale i tak nie powinien to być czas stracony.

Ocena: 7/10

Tagi: , , , , , , .