Bandog – “Way To Disorder” (2018)

Pamięta ktoś jeszcze krakowski Bandog? W latach 90. namieszali trochę na scenie hardcore i nie tylko. Dzięki podpisaniu umowy z Koch International było ich wówczas wszędzie dosyć sporo. Niewątpliwie nie bez znaczenia było przejście wokalisty Bandog Workie’ego do Tuff Enuff i nagranie z nimi świetnego Diablos Tequilos. Dzięki temu ja też usłyszałem o ska-core’owcach from old Cracow.

Way To Disorder jest dla mnie swego rodzaju sentymentalną podróżą. Na co dzień nie słucham klimatów ze sceny ska, co nie znaczy, że jest mi całkowicie obojętna. Zdarzyło mi się uczestniczyć w nie jednym koncercie ukierunkowanym na podobne klimaty i potrafiłem docenić wartość co lepszych składów. Mimo to w domu takich rzeczy raczej nie preferuje i Bandog jest rodzynkiem wśród moich upodobań. Wydaną w 1997 roku płytę Gangska do dziś dobrze wspominam, więc ze sporym zaciekawieniem przysiadłem do nowego wydawnictwa.

Jak się okazało nie tylko dla mnie jest to sentymentalna wycieczka, gdyż materiał na tę płytę został nagrany w 2000 roku i nie został nigdy skończony i wydany. Zespół jednak nie potrafił tego tak zostawić i po wielu latach Workie nagrał partie wokalne. Całość zmiksowano i zmasterowano, a następnie rozpowszechniono dzięki Defense Records.

Mimo 10 lat opóźnienia odsłuch Way To Disorder nie powoduje odczuć obcowania z przestarzałym materiałem. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy istnieje podział na old school i new school ska, dla mnie ten rodzaj muzyki jest stałą. Oceniam po prostu, czy muzyka jest wartościowa, czy nie. Way To Disorder to 10 kompozycji dosyć zabawowej i skocznej rozrywki. Zespół nazywa swoje dokonania mianem ska-core, ja jednak elementów stricte hardcore tu wiele nie słyszę. Myślę, że bardziej już tu chodzi o deklarowanie przynależności do danej sceny. Muzycznie bliżej im natomiast do melodyjnego punka niż do łamania kości beatdownami. Porównań należy się doszukiwać w załogach pokroju Mighty Mighty Bostonnes, może też Dropkick Murphys (przynajmniej dla mnie to podobny środek wyrazu).

Płyta ma bardzo dobry początek. Trzy pierwsze kompozycje to zdecydowanie najlepsze utwory albumu. Pierwsza, Hippie Needs a Shower posiada fajne partie instrumentów dętych i refren. Druga, tytułowa, posiada dobre zwrotki stylizowane na zachrypnięte zaśpiewy Raya Charles’a. Trzecia, Old Times Hooligans to z kolei melodyjny hymn, wspominający stare czasy chuliganki i ma to w sobie coś nostalgicznego.
Z całości wyróżniają się też kompozycje Banksters i Jest Sobota. Są to najbardziej imprezowe i naładowane dęciakami utwory. Jest Sobota na dodatek odznacza się tym, iż jest to jedyny kawałek zaśpiewany po polsku, a co z tym się wiążę – jest po prostu łatwiej przyswajalny.

Cóż, moim zdaniem Bandog wychodzi obronną ręką z potyczki z czasem. Mimo że materiał doczekał się w szufladzie pełnoletniości, jest pełen energii i życia. Myślę też, że wydanie go na sezon wiosna/lato było chytrym posunięciem, gdyż zdecydowanie lepiej się nadaje do słuchania w słoneczne dni niż podczas mrocznej jesieni i mroźnej zimy. Chciałbym również w końcówce przestrzec co niektórych – jeżeli jesteś zatwardziałym metalowcem, to trzymaj się od tej płyty z daleka, bo nie znajdziesz tu niczego dla siebie. Na tej płycie znajdziesz za to zawodowy miks ska, punka i hardcore’u i jeżeli takie historie nie są Ci obce, to warto sprawdzić co sądzisz o nowej/starej produkcji Bandog.

6.5/10

Tagi: , , , , , , , , .