Frontside – “Zmartwychwstanie” (2018)

Niektórym zmartwychwstanie zajmuje 3 dni, innym z kolei 8 lat. Tyle czasu minęło od ostatniego ciężkiego albumu twardzieli z Frontside, którzy to dnia pańskiego 14 września bieżącego roku wypuścili swoje kolejne dzieło, chełpiąc się jednocześnie wśród gawiedzi o domniemanym powrocie do ciężkich brzmień. Jako iż ze mnie przysłowiowy niewierny Tomasz, musiałem usłyszeć nim uwierzyłem, i zaprawdę powiadam Wam, wielka moc kryje się w płycie zatytułowanej „Zmartwychwstanie”.

Ale po kolei…

Ważny dla tej recenzji jest fakt, że nie należę do osób, które obraziły się o lajtowe oblicze Frontside z ostatnich dwóch płyt. Demonowi zebrało się przez lata trochę lżejszego materiału i nie ma co się dziwić, że chciał go nagrać i wydać. Mógłby to oczywiście zrobić pod innym szyldem, ale czy to miałoby sens? Moim zdaniem nie za bardzo. Utwory mimo że lżejsze i odbiegające od wieloletniej drogi zespołu, były jednak na tyle przesiąknięte stylem Frontside, że nie dało się ich pomylić z żadną inną marką. Krzyki co niektórych o zdradzie metalu kompletnie mnie nie ruszały, ponieważ Demon z kapelą znacznie wcześniej (gdzieś pomiędzy I Odpuść Nam Nasze Winy, a Zmierzch Bogów) wybrał kierunek, który bez dwóch zdań był i tak łatwo przyswajalny. Poza tym, gdy wyszła płyta Zniszczyć Wszystko (2010) odebrałem ją pozytywnie, ale gdzieś tam w głowie pojawiło się pytanie „co dalej”? Styl zespołu był mocno wyeksploatowany i kolejny album podobnie brzmiący do poprzednich moim zdaniem mógłby być męczący. Parę lat minęło i metalcore’owcy wracają z nową energią i z odnowionym stylem.

Recenzencki opis zacznę od paru słów na temat brzmienia. Z tym we Frontside bywało różnie, zdarzyły się zespołowi produkcje, do soundu których trzeba było się przyzwyczaić (na przykład Absolutus). Muszę przyznać, że optymalnie brzmiącym albumem od czasów Zmierzch Bogów (2004) był dla mnie dopiero krążek Sprawa Jest Osobista (2014). Widać bardziej rockowe podejście do muzyki miało też wpływ na spojrzenie zespołu na produkcję, a co za tym idzie doświadczenia związane z wojażami w lżejsze rejony zaowocowało potężnym brzmieniem nowej płyty. Zmartwychwstanie ubrane jest w mięsisty urywający głowy sound. Bardzo suche i wyraźne gitary podbite są przesterowanym basem, przypominającym terkot historycznego traktora marki Zetor. Gary z kolei chyba nigdy tak dobrze nie brzmiały we Frontside jak teraz, a Toma nigdy nie był w takiej kondycji. Jego gra i sound beczek to była pierwsza kwestia, na którą zwróciłem uwagę podczas pierwszego odsłuchu. Klasa.

Muzycznie zespół „cofnął” się dobre kilkanaście lat. Płyta jest pozbawiona melodyjnego śpiewu, a poziom agresji jest porównywalny z tym na I Odpuść Nam Nasze Winy. Zespół wypluwa jeden po drugim brutalne utwory, gdzie ciężkie riffy i krzyki dominują nad lżejszymi partiami. Pierwsze pięć kompozycji kopie niemiłosiernie. Bardzo często pojawiają się blasty – mój ulubiony pojawia się w Poznaj Swoich Wrogów z riffem w stylu Nile’a, często również mamy do czynienia z breakdown’ami – Zmartwychwstanie, a symfonią brutalności jest singlowy Bez Przebaczenia. Ten utwór agresją jest przesiąknięty na wskroś, a zdołowana zwrotka łamie kości. Jest to niewątpliwie mój ulubiony utwór na płycie i nie mogę się doczekać aż usłyszę go na żywo. A skoro już o koncertach mowa, to niedawno miałem okazję usłyszeć Krew, Ogień, Śmierć na Materia Fest. Okazał się sporym kopaczem dup i byłem ciekawy jak wypadnie na płycie. Jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Kompozycja przypomina momentami Bóg Stworzył Szatana (środkowa partia) i jest jakby ukłonem w stronę starej szkoły metalcore, słyszę tu spore wpływy Master Killer zespołu Merauder. Takie inspiracje zawsze mnie przekupią. Gdy już myślałem, że lepiej być nie może, wszedł Pieczęcią Niech Będzie Krew ze swoim miażdżącym początkiem i blastem, po którym następuje partia jednoznacznie kojarząca się z Anaal Nathrakh. Utwór nie daje litości, a melodyjne gitarowe zagrywki tylko podbijają ciężar innych partii.

Wraz z Przynoszę wam ogień robi się nieco lżej. Druga część płyty nadal jest ciężka i metalcore’owa, ale bardziej stonowana. Mam też wrażenie, że płyta „siada” od tego momentu. Jest nadal dobrze, ale pierwsze pięć kawałków mnie po prostu rzuca na kolana. Na pewno też zwróci uwagę słuchacza kompozycja Kolejna Niewinna Ofiara, która w moim odczuciu bardzo zainspirowana jest nu metalowym obliczem Machine Head. Ciężki riff i deklamacyjne wokale jakby czuć Flynnem. Słyszałem też porównanie do Sweet Noise, co nie jest chybionym porównaniem (zwrotka). Bardzo podoba mi się kompozycja zamykająca płytę – Bóg Cię Nie Ocali. Utwór ma w sobie to „coś”, przez co czuć, że zbliża się nieuchronnie koniec. Niesie jakby zadumę i uczucie nieuchronności śmierci („Tam nie ma Boga”).

Reasumując moje nieco przydługawe rozmyślania, przychodzi mi jedno zdanie do głowy: cieszę się, że wrócili! Czy grając melodyjne hity, czy mordercze ciężary, Frontside jest ważną częścią polskiej sceny i nikt tego nie ma prawa odebrać. Nikt również nie byłby w stanie wypełnić po nich pustki. Zatem powiadam Wam, metal grać należy po życia kres. Oto są słowa moje.

Ocena: 9/10

Frontside na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , .