Śpiewać każdy może, mówi stare przysłowie. Jest ono na tyle prawdziwe i elastyczne, że w sumie można je dostosować do wszystkiego. Tą mądrością ludową, sparafrazowaną jeno na ogólne tworzenie, zainspirowały się dziesiątki tysięcy muzyków, w tym też niejaki Jacob Smith, Australijczyk i autor Infinite Defilement. I tak jak w większości tego legionu, strumieniem pomysłów zalewających głównie internet, na innowacje nie liczcie. Złośliwy człowiek powiedziałby, że ten internet to dlatego, że nikt takiego szajsu wydać nie chce. Cóż, Destroyer Of All Things został wydany. To już coś.
Konkretnie to wydany przez Rotten Music. Pewno większość czytelników rzyga już tą nazwą, ale obiecuję, że to przedostatnia moja recenzja od tego koncernu. Płyta jest drugim długograjem brutalnego kangura. Nadmienić można, że poza pełniakami ID ma w portfolio także demówki, EPki, nawet splita. Dorobek więc już dość solidny, miałem więc nadzieję, że otrzymam dawkę solidnego grania. No i otrzymałem, tylko ta dawka jest miniaturowa, albo dla dzieci albo modelek. I wcale nie chodzi o to, że krótka. Destroyer… jest cholernie wtórny. Bicia perkusyjne są dwa na zmianę, riffy też brzmią w sumie podobnie. Do tego są tak proste, że sam byłbym w stanie zagrać je chyba bez trzymanki. Za gitarę. Ja oraz 95% populacji ludzkiej, gdzie te 5% to w większości Koreańczycy z północy, z odgórnym banem na wszystko, co nie jest hymnem ku chwale Kim Dongów. Wokal był milion razy, przy czym też nie jest szczytem ludzkich popisów, a bardziej amatorską zabawą. Prawdę mówiąc, to cały album jest taki mocno amatorski właśnie. To nie jest granie dla sztuki, tylko dla zabawy bardziej. Co nie znaczy, że to dół totalny, to nieprawda. Infinite Defilement zagrało strasznie średnio. Miewa swoje momenty, jak na przykład wstępniak do Awakening Of The Beast, ale szybko zlewa się w nierozpoznawalną jak logo projektu papkę. W poszukiwaniu informacji o dziecku Smitha udałem się na Metal Archives. Przyznać muszę, że niechcący wlazłem w zakładkę recenzji, a tam dostałem małego brainfukku. Kurde, może faktycznie to jest dobre granie, tylko zaspany po pracy byłem, czy coś?
Ale nie, odsłuchałem drugi raz, a potem i trzeci. I dalej nie potrafię znaleźć tych „bone breaking guitar parts” i ogólnej „soul crushing brutality”. Albo to ja jestem popierdolony, albo pisali to powermetalowcy. Albo też za „brutalność” uznano naprawdę fajny efekt basiku, który bardzo przyjemnie działa na niższych rejestrach, dopełniając drumbota (jednak tu też jest prosto i nużąco). Do tego brak tu i brutalnej prędkości, i charakterystycznego groove’u, ale przede wszystkim jakichkolwiek emocji. Ot, trzecioligowy krążek deathmetalowy. Gdybyście chcieli, żebym wybrał Wam najlepsze kawałki po prostu rzuciłbym kością.
Oczywiście mam świadomość, że krążek może się komuś spodobać, ale ja takim człowiekiem naprawdę nie jestem. Chciałbym pomóc i określić, komu Destroyer Of All Things może podejść, niemniej nie potrafię. Płyta wydaje mi się okropnie… prostacka. I to nie w tym dobrym znaczeniu. Szczęśliwie autor udostępnił na YouTube pełny stream albumu. Przesłuchać można, ale nie spodziewajcie się zbyt wiele.
Ocena: 5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2015, death metal, Destroyer Of All Things, Infinite Defilement, John Smith, kapitan bajeczny, recenzja, Rotten Music.






