Lucy In Blue – “In Flight” (2019)

Zespół Lucy In Blue pochodzi z Islandii, gdzie niezwykle tłoczno robi się od interesujących artystów. Jakakolwiek byłaby geneza niebywałego rozkwitu tamtejszej sceny, warto podkreślić jej różnorodność. Metal, post rock, muzyka elektroniczna, new wave – zdaje się, że czego by się na wyspie gejzerów nie tknęli – wychodzi złoto. W tym zaś przypadku – podobnie jak za sprawą rockandrollowców z The Vintage Caravan – mamy do czynienia z ciekawą reinterpretacją tego, co działo się w muzyce rockowej w latach 60. i 70. O ile jednak wspomniani koledzy po fachu (z którymi Lucy In Blue grała wspólne koncerty) wolą dziarskiego, przybrudzonego hard rocka, o tyle Steinþór Bjarni Gíslason (gitara i wokal), Arnaldur Ingi Jónsson (klawisze i wokal), Kolbeinn Þórsson (perkusja) i Matthías Hlífar Mogensen (bas), częstują nas jasnymi nawiązaniami do progresywnej i psychodelicznej sceny tamtych dekad.

Już debiut kwartetu, zatytułowany po prostu Lucy In Blue, zdradzał spore umiejętności i wrażliwość muzyków zasłuchanych w Pink Floyd przede wszystkim, ale nie tylko, bo muzycznych tropów można było znaleźć w ich nagraniach całkiem sporo. Być może poprzednia płyta była bardziej efektowna niż In Flight, pozornie bogatsza w pomysły, mocniejsza pod względem zastosowanych środków, jednak niektóre z zawartych na niej nawiązań mogły nieco razić zbytnią dosłownością – jakby zespół nieco cynicznie kopiował pewne patenty (inna sprawa, że momentami w sposób mistrzowski). Tym razem mamy do czynienia z większą subtelnością działań.

Owszem, wciąż rozpoznamy w twórczości Lucy In Blue floydowskie klimaty – już wstęp do pierwszej części otwierającej płytę kompozycji Alight, Pt. I bliski jest kołyszącym, sennym dźwiękom Breath (In the Air) z Dark Side Of The Moon, a praca sekcji rytmicznej w pewnym fragmencie tytułowego In Flight mogłaby być wzięta z albumu Wish You Were Here. Znajdziemy tu też pewną baśniową zwiewność propozycji Camel albo Genesis, słyszalną przede wszystkim w analogowych, klawiszowych plamach, które przenoszą nas myślami do innych wymiarów. Z kolei gitara Gíslasona pod koniec znakomitego Respire zabrzmi bardzo “frippowsko” (duch King Crimson także jest obecny na tym albumie, zwłaszcza w melodyce). Niemniej poprowadzone to wszystko z taką finezją, wyczuciem, lekkością, jakąś mistyczną, podskórną tajemnicą, że zwyczajnie In Flight przykuwa uwagę i czaruje słuchacza, a pewne słyszalne inspiracje nie zabierają przyjemności obcowania z propozycją Islandczyków.

Zespół stawia na prostotę środków, podaną jednak w formalnie rozbudowanych kompozycjach. Można odnaleźć w nich sporo klimatu i raczej nastrojowych pejzaży, ale muzycy potrafią też pobawić się rytmiką, nieco bardziej poszaleć, ciut odpłynąć, może nawet zaniepokoić, albo po prostu podać dźwięki z większym nerwem (jak w Matricide albo w Tempest). In Flight to jednak płyta bardzo oniryczna (ale nie usypiająca), pełna melodii, snująca się z pozoru leniwie, ale jednocześnie zanurzająca słuchacza w oceanie intensywnych, lekko psychodelicznych doznań, które zmuszają do uwagi. Potrafią na tym wydawnictwie zachwycić detale – a to prosta melodia (motyw przewodni z początku Respire czy tytułowego In Flight), a to interesujące harmonie wokali (Alight, Pt. II), albo rozedrgana gitara akustyczna (początek Núverandi), czy w końcu bogactwo klawiszowych rozwiązań (od dźwięków fortepianu, poprzez hammondowe zagrywki, po niemal meletronowe ściany dźwięku) serwowanych przez Jónssona.

Jedno jest pewne – płyta In Flight to album, który miłośnicy art rocka i wintydżowych, lekko psychodelicznych klimatów muszą sprawdzić. Wierzę też, że muzyka Lucy In Blue może przypaść do gustu nie tylko fanom prog rockowych gigantów sprzed dekad, ale też tym, którzy zasłuchują się w nowszych dokonaniach Opeth – w końcu także spadkobiercach tamtej tradycji – czy miłośnikom retro klimatów przywoływanych przez Jacco Gardnera albo The Coral (zwłaszcza z okresu jednego z moich ulubionych albumów, The Curse Of Love).

Ktoś powie – no dobrze, wszystko się tu zgadza, tyle tylko, że szlaki wytyczali giganci, a młodzi muzycy poszli ich tropem. Może. Natomiast wiem na pewno, że będę do nagrań chłopaków powracał i z niecierpliwością wyczekiwał kolejnych albumów. Intuicja podpowiada mi, że Lucy In Blue stać na jeszcze więcej, a przebłyski genialności, które niewątpliwie słychać na In Flight można rozwinąć w coś, co pozwoli – zwłaszcza przy zwiększonej dawce oryginalności – zajść naprawdę daleko. Na razie nie padłem na kolana, ale przyklęknąłem przed nimi. Czy ocena jest zawyżona? Może ciut. No i nieładnie rozpieszczać tak młody zespół zbyt dużą ilością pochwał. Z drugiej strony warto odnotować pojawienie się płyty niosącej ze sobą całkiem sporą dawkę dźwiękowej magii.

ocena: 9/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

 

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .