Mortis Mutilati – “The Stench of Death” (2018)

Z Mortis Mutilati styczności wcześniej nie miałem. Ta francuska kapela założona została w 2011 roku przez niejakiego Macabre i wydała jak dotąd dwa dema, jeden split i trzy długograje, zbierając przy tym całkiem niezłe recenzje. Teraz powraca z nowym albumem, zatytułowanym The Stench of Death.
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest okładka. Mroczna, minimalistyczna i prosta. Wygląda jak wytarte zdjęcie ślubne babci i dziadka wykopanych z grobu miesiąc po śmierci. Nie wiem jak głęboko kopał Macabre w poszukiwaniu muzyki, ale ta, którą tam znalazł idealnie oddaje klimat zdjęcia, którego również jest autorem.
Po pierwsze, płyta jest trudna do zdefiniowania. Niby jest to black metal, ale z domieszką doomowych temp i nutką gotyckiej atmosfery. Po drugie, nie sposób napisać o tym albumie inaczej niż w superlatywach. Jest to materiał, o którym zdecydowanie trzeba powiedzieć, że jest zagrany z pasją, i że dopracowany został tutaj najmniejszy szczegół.
Album nagrywany w szwedzkim Endarker Studio pod czujnym okiem Magnusa z Marduk zawiera dziesięć kawałków, a jego premiera miejsce miała pierwszego stycznia. Jest to dziesięć cholernie dobrych numerów, do tego okraszonych piekielnie dobrym wokalem. Pierwszy i ostatni utwór są instrumentalne, natomiast pozostałe zawierają liryki, zwykle nawiązujące do erotyzmu, miłości i fascynacji śmiercią, co finalnie daje ciekawą, dość osobliwą mieszankę liryczną. Całość otwiera Necro i jest to chyba najlepsze intro, jakie ostatnio w blacku słyszałem. Genialny akustyczny aranż sprawił, że nawet mój ojciec powiedział: „nareszcie coś normalnego”, a o to – w przypadku takiej muzyki – naprawdę nie jest łatwo. Echoes From The Coffin to już rasowe, czarne granie, przy którym zwyczajnie ojciec wyszedł z pokoju. Mnie jednak ten kawałek wbił w fotel i wiedziałem, że jeżeli ciąg dalszy będzie równie absorbujący, to płyta zostanie jednym z moich ulubionych tegorocznych wydawnictw. Nie myliłem się… Crevant-Laveine jest cięższy i wolniejszy, przez co bardziej podniosły. Kolejny utwór brzmi równie dobrze. Regards d’Outre Tombe trzyma poziom i pomimo, że wciąż czuć tę wyniosłość ma w sobie dużo agresji. Dobry zabieg, tym bardziej że po sześciu minutach Mortis Mutilati atakuje kawałkiem, który wciągnął mnie najbardziej. Oneguent Mortuaire po prostu trzeba wysłuchać i poczuć. Salwy blastów wystrzeliwanych z głośników idealnie łączą się z gitarową melodią i krzykiem pełnym bólu i rozpaczy. Zdecydowanie najlepsza pozycja na płycie. Portrait Ovale również nie można niczego zarzucić. Tutaj rządzą gitary. Podobnie jest zresztą w Homicidal Consistence, który jest też świetnym dowodem na to, że piękno może zostać przedstawione w brutalny i brzydki sposób. W przypadku Invocation również nie ma powodów do narzekania, a po odsłuchaniu L’Odeur Du Mort nie mogę pozbyć się chęci ponownego odtworzenia krążka. Kończymy na Ecchymoses, gdzie radiowo nadawany utwór z lat pięćdziesiątych przerywają zakłócenia i chrobot. No cudowne zakończenie świetnej płyty!
Mortis Mutilati zdecydowanie wpasowali się w mój gust. Perfekcyjnie zagrany czarny metal, podkreślony chóralnymi kobiecymi wokalizami i gotyckim klimatem. The Stench of Death na stałe wlatuje do mojej playlisty, a na półce z płytami zajmie honorowe miejsce. Jeżeli tak zachwycać mnie będą płyty wychodzące w tym roku, będzie naprawdę dobrze.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , .