Rancorum – “The Vermin Shrine” (2018)

Chyba nie tylko ja zapamiętam rok 2018 jako wyjątkowo obfity w death metal. Sypało fajnymi premierami jak z rękawa – na świat spadały ciosy zadawane zarówno przez zasłużone dla gatunku kapele, jak i młodych gniewnych, aspirujących do ścisłej czołówki w całym peletonie grup parających się metalem śmierci. Obrodziło w ciekawe debiuty jak mało kiedy, szczególnie w krajach, które do tej pory dość nieśmiało zaznaczały swoją obecność na metalowej mapie świata. Na przykład w Rumunii. Niedawno dość mocno szarpnął mną debiut Rotheads, więc postanowiłem nieco baczniej przyjrzeć się rumuńskiej scenie metalu śmierci. Przyszła pora na tajemniczą grupę Rancorum, której debiut ujrzał światło dzienne za sprawą Loud Rage Music.

Pierwszy kontakt z The Vermin Shrine był jak ścieżka zdrowia. Dźwiękowy łomot robił piorunujące wrażenie, muzyka kosiła aż miło. Zacząłem się zastanawiać, czy nie wpadam w pułapkę zachwytu, dlatego postanowiłem zrobić przerwę i zweryfikować odczucia. Ale co się usłyszało raz, tego się już nieodsłyszy i muzyka Rancorum nadal niemiłosiernie chlastała po pysku. A przecież nie jest to ultra szybka odmiana metalu śmierci. Daleko Rumunom do opętanych galopad, nie ma w ich muzyce grindcore’owego zacięcia. Naklejka z napisem „brutal” też tu nie pasuje. Trudno określić, co takiego wyjątkowego jest w ich muzyce, że wciąż trzyma w kleszczach, mimo że teoretycznie nie powinna. Tempo raczej średnie, większość riffów rwie się na thrash metalowy sposób. Rancorum nie łamie znanych patentów, nie wprowadza nic, co miałoby minimalny posmak świeżości. Album toczy się jak buldożer, raczej wolno, ale jak przyśpieszy to z całkowitym impetem i beż żadnych hamulców (doskonały galop w The Shinning). Brzmienie też nie jest zbyt oryginalne – miesza się w nim szwedzkie rozluźnienie z siłą nieodżałowanego Gorefest i odrobiną syfu rodem z Florydy. Z drugiej strony słuchacz ma pełną świadomość jego naturalnej logiki – ciężkie riffy wypluwane niczym z kałasznikowa po prostu muszą tak brzmieć i koniec.

Chłopaki budują swój death metal ze znanych klocków, ale ich ustawienie bywa nieszablonowe. Gdzieś tam złamią rytm (marszowe, nierówne tempo Voidification), dodadzą trochę feelingu Entombed, tu i ówdzie pojawi się czyściutka, niemal progresywna solówka, która hołduje czwartej płycie Pestilence, w szybszych fragmentach zaskoczy odrobina thrashowych wibracji, w wolniejszych doom metalowa otchłań. Same struktury numerów też specjalnie nie zaskakują, mimo że trudno przewidzieć następstwa poszczególnych fragmentów, a i charakterystycznych dla gatunku melodii też nie brakuje. W podobny sposób rzeźbił brytyjski Vallenfyre, z tą różnicą, że Rumuni każdą obcą naleciałość ubierają w sztywne, death metalowe ramy.

Wszystkie powyższe składowe to prosty przepis na poprawny, drugoligowy death metal. Teoretycznie tu nic nie ma prawa zaskoczyć ani wybić się ponad przeciętność, a jednak płyta cały czas równo poniewiera. Pozostają dwie opcje – albo w The Vermin Shrine tkwi to coś, co sprawia, że znane danie smakuje jak ambrozja, albo ze mną jest coś nie tak. Zweryfikujcie sami.

Ocena: 9/10

 

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , , .