Riverside – Wasteland (2018)

Mariusz Duda wielokrotnie podkreślał, że decyzja o kontynuowaniu muzycznej działalności Riverside po śmierci Piotra Grudzińskiego była dla zespołu (co całkowicie naturalne i zrozumiale) najtrudniejszym z dotychczasowych wyzwań. Po zagraniu powrotnych koncertów w pierwszym kwartale 2017 roku i zaprezentowaniu kompilacyjnego albumu Eye of the Soundscape przyszedł czas na zmierzenie się z kolejnym doświadczeniem – wydaniem pierwszej płyty studyjnej, powstałej bez udziału nieodżałowanego Grudnia.

Niewiadomych było sporo. Pytania oscylowały m.in. wokół kierunku, jaki zespół obierze na nowym wydawnictwie, charakteru samego krążka, formy, w jakiej muzycy postanowią rozpocząć nowy rozdział w swojej historii, czy chociażby kompozycyjnej roli gościnnie partycypującego w zespole Macieja Mellera.

Utrzymany w tematyce post-apo Wasteland okazuje się w praktyce pewnym pomostem, łączącym elementy właściwe dla starszych płyt zespołu (długość i złożoność części utworów oraz ich progresywne, miejscami także metalowe oblicze) z atrybutami nowszych krążków grupy (niektóre numery cechuje postawienie akcentów na nastrój i emocje, prostotę formy i jej zauważalna przystępność). Wspomniana różnorodność sprawiała początkowo wrażenie eklektycznej, na szczęście kilkunastokrotne przesłuchanie Wasteland pozwoliło muzyce grupy właściwie poukładać się w mojej głowie i złagodzić początkowe, dość krytyczne wrażenie na temat spójności najnowszego krążka zespołu.

Album rozpoczyna odśpiewany przez Mariusza Dudę a cappella The Day After. Następujący po nim Acid Rain, podobnie jak The Struggle for Survival podzielony jest na dwie, mocno kontrastujące ze sobą części – wyraźnie progresywny i przypominający swą dynamiką i niespokojnym klimatem Anno Domini High Definition Where Are We Now oraz nastrojowy Dancing Ghost z delikatnymi (przywodzącymi na myśl charakterystyczny styl Piotra Grudzińskiego) gitarowymi akcentami. Vale of Tears, choć nie pozbawiony progresji, wyróżnia się niezwykłą przebojowością i chwytliwością. Guardian Angel zabiera słuchacza w niemal oniryczną podróż (na uwagę ponownie zasługują cudowne partie gitar), Lament oparty na bardzo podniosłym refrenie przełamany zostaje w finale  skrzypcami (na których gościnnie zagrał Michał Jelonek). Instrumentalny The Struggle for Survival stanowi ponowny zwrot w kierunku progresywnego oblicza muzyki Riverside. Nagrany ku pamięci Grudnia River Down Below wzbogacony niemal floydowską solówką wspomnianego na wstępie Macieja Mellera przypomina swą emocjonalnością Time Travellers z Love, Fear and the Time Machine. Wasteland mógłby z powodzeniem zagościć na soundtracku do awanturniczej opowieści o poszukiwaczach przygód przemierzających tytułowe bezdroża, finałowa The Night Before to natomiast odśpiewana przy klawiszowym akompaniamencie, mająca spore szanse na wyciśniecie niejednej łzy, wyciszająca kołysanka. Sami przyznacie, że rozstrzał stylistyczny oferowany przez Riverside na nowym albumie jest dość spory.  

Mimo zauważalnego w części utworów wspomnianego powrotu do progresywnej ekspresji, niewątpliwie najmocniejszymi punktami Wasteland pozostają numery cechujące się nastrojowością i melancholią – Dancing Ghost, Guardian Angel i River Down Below. Pomimo swojego spokojnego i refleksyjnego oblicza, to właśnie te kompozycje charakteryzuje największy ładunek emocjonalny i siła rażenia.

Riverside jawi się na nowej płycie jako zespół dojrzały, zahartowany niełatwymi doświadczeniami, jednocześnie świadomy swojej siły i patrzący w przyszłość z podniesioną głową. Z niecierpliwością oczekuję jesiennych występów grupy, w przekonaniu, że w warunkach koncertowych nowy materiał nabierze jeszcze większej wyrazistości i mocy oddziaływania.

Ocena: 8/10 


Okiem red. Joanny:

Riverside jest jedną z tych formacji, które śmiało nazywam najlepszym materiałem eksportowym naszego pięknego kraju. Profesjonalizm i umiejętność tworzenia rozpiętych konceptów płytowych nie tylko zawsze mnie zaskakiwały, ale i szczerze wzbudzają respekt czy podziw za każdym razem, kiedy ponownie otrzymujemy od nich świeżą dawkę nowych doznań. Tym razem to pierwszy album stworzony bez udziału nieodżałowanego Piotra Grudzińskiego. Minęło wprawdzie 2 i pół roku od śmierci Grudnia, Mariusz Duda zdążył w międzyczasie wydać kolejne albumy pod szyldem Lunatic Soul, a wcześniej usłyszeliśmy instrumentalne oblicze Riverside Eye of the Soundscape, Panowie zagrali świetną trasę koncertową, wystąpili na kliku festiwalach, i w końcu nadszedł czas na prawdziwie kolejny rozdział dla formacji – kolejny album oficjalnie nagrany we trójkę. Wasteland, wydany 28 września br., to znów silna pozycja, mocno nacechowana emocjami i pięknie posępnie skomponowana, jak zwykle na najwyższym poziomie. Muzycy nie zawiedli, znów zachwycili.

Wasteland różni się od poprzednich wydawnictw Riverside w kilku istotnych kwestiach. Przede wszystkim jest wyjątkowo melancholijny (River Down Below), stonowany (Lament), choć miejscami nie brakuje progresywnych znaków przestankowych (Acid RainThe Struggle for Survival), a nawet metalowych momentów (Vale of Tears) w wyjątkowo chwytliwym i przystępnym aranżu. Najbardziej jednak może dziwić zastosowanie innych linii wokalnych, bowiem tym razem Mariusz Duda śpiewa pięknym barytonem. Za przykład niech posłuży poetycka ballada, może trochę patetyczna, ale cudowna Guardian Angel z pięknymi akustycznymi wstawkami i pianinem na koniec w połączeniu z niskim wokalem Dudy aka “młody Leonard Cohen” (Ochota, pozdrawiam:)) lub wieńczący, równie zimny, spokojny The Night Before. Ten wokal przyprawia o gęsią skórkę! Nie stawiam tym samym utworów z Wasteland w jednym rzędzie, bywa mocno różnorodnie, nawet w jednym utworze (najdłuższy Wasteland, w którym znalazły miejsce nawet… westernowskie zaśpiewki), a jednak, tak jak wspomniałam, album jest całościowo zamknięty. I to jest jego siła. Mimo wolniejszych, bardzo klimatycznych przesunięć i wariacji, na przemian z mocniejszym uderzeniem i zaakcentowaniem niektórych partii, album jest spójny i zrównoważony dokładnie w takich proporcjach, jakich być powinien. Całe wydawnictwo jest zatopione w klimacie post-apo, smutku, może zadumy, jednak od tej ludzkiej, mniej onirycznej czy przytłaczającej ciężarem depresyjnych emocji strony. 

Kolejny album Riverside to kolejne potwierdzenie, że ta grupa obecnie nie może mieć w Polsce sobie równych. Pomijam fakt, że nie sposób ich do nikogo porównać, ale przede wszystkim dojrzałość i łatwość w wywieraniu wpływu czy nawet sterowaniu emocjonalnością nie rodzi się przecież ot tak, na chwilę, na moment. A oni wciąż potrafią zaznaczać swoją obecność. Nowe wydawnictwo Dudy, KozieradzkiegoŁapaja zostaje na dłużej w pamięci, odrywa od rzeczywistości, mimochodem zmusza do pewnych przemyśleń. Na koniec zadaję sobie pytanie, czy Riverside w końcu zostaną docenieni w innych kategoriach niż “rock progresywny”, czego życzę im z całego czarnego serca. To coraz silniejszy gracz na polskiej scenie, a może nawet już na tej światowej.

 

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , , , .