Ostatnio coraz bardziej boję się wszystkich muzycznych psychodelików z podziemia, bo zdecydowana większość z nich to ciągnąca się długimi minutami nuda bez ładu i składu. Nie mnie bawić się w poszukiwanie powodów tego stanu rzeczy, choć mam swoje typy. Niemniej jednak takie nastawienie dość skutecznie przeszkadzało mi w zapoznaniu się z Yek, debiutem stołecznego kwartetu Tamam Shod. Sęk w tym, że album to satysfakcjonujący – muszę się wręcz pilnować, żeby go nie przechwalić powodowany tylko i wyłącznie kontrastem między oczekiwaniami a rzeczywistością.
Jeśli przyjrzeć się choćby profilom Tamam Shod na Facebooku i Bandcampie, to okaże się, że zespół próbuje się wcisnąć w całe mnóstwo szufladek. Wymienia obowiązkowe doom, stoner, prog, psych, ale dodaje też space, sludge, a nawet hardcore. Sporo z tych elementów bym zweryfikował – Yek jak najbardziej mieści się w okolicach psychodelii wychodzącej ze sceny stoner doom, jest tu trochę progresywnych zagrań, ale to tyle. I w sumie wystarczy. Kwartet swoją muzykę robi bowiem dobrze, plasując ją w estetycznych rejonach Yob czy rodzimej Sunnaty. Same te porównania świadczą o tym, że zespół próbuje się odnaleźć w muzyce mocno atmosferycznej. Sam sobie czasami przeszkadza brnąc w czasami bardziej, czasami mniej ciekawe kombinacje i szukanie mniej oczywistych rozwiązań. Koniec końców wychodzi jednak z tej próby zwycięsko, a to z jednej przyczyny: wie, kiedy przestać. W tych poszukiwaniach nie brnie za daleko, nie gubi się, gitarzyści nie mają poczucia, że koniecznie muszą się prześcigać w łamańce i solówki. Dzięki temu udaje się kwartetowi nie przekraczać granicy niestrawnego dla słuchacza muzycznego chaosu i zwycięsko wrócić na sprawdzone terytoria. A na tych sprawdzonych terytoriach Tamam Shod radzi sobie naprawdę dobrze. W każdym z utworów kwartet był w stanie zbudować podstawę, która po prostu sprawia przyjemność. Czy to ciężka partia ze świetnymi, podniosłymi wokalami w Gardens, czy kolejny rozbudowany ciężarowiec prowadzący Oranję po tym, jak kończą się indiańskie zaśpiewy wyszarpane od Red Scalp, czy nawet generyczny, stonerowy riff otwierający Novą.
Odpowiednie proporcje składowych są poważną zaletą Tamam Shod, ale nie jedyną. Za Yek przemawia też organiczne brzmienie podlane ciepłym szumem, jak gdyby kapela nagrywała prosto na analogową taśmę. Utwory są też podlane specyficzną chwytliwością – instumentale nie są na tyle długie, by zmęczyć, a kiedy już pojawiają się wokale, to z partiami, które będziecie sobie nucić. Pewnie, pojawiają się jeszcze przestoje, jeszcze nie jest to moment, w którym zespół osiągnąłby stopień mistrzowski w konstruowaniu swoich kompozycji w taki sposób, by łapały słuchacza za gardło w pierwszej sekundzie i puszczały dopiero w ostatniej. Chwilami słuchacz ma wrażenie, że pewnych rzeczy jest za dużo, że w połączeniach struktur wewnątrz utworów za bardzo czuć szwy, że wszystko jeszcze nie jest tak uporządkowane. Choć może w kilku momentach tracę przez to skupienie, to nie zaburza to misternej konstrukcji całego albumu i mojego odbioru.
Warto więc na Tamam Shod zwrócić baczną uwagę – kto wie, w jakiej formie będą na kolejnych wydawnictwach.
8,5/10
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025
- Leash Eye – „Destination:125” (2025) - 15 maja 2025






