Vyrh – “Majestat skał i złamań otwartych” (2016)

Zauważyłem, że ostatnio w naszym rodzimym piekiełku sączy się dużo złej krwi. Zamiast wspólnego działania w promowaniu muzyki, będącej samej w sobie sztuką, ciągle dostrzegam wzajemne udowadnianie braku racji. Stale przewijają mi się przed oczami spory o to czy słuchanie Batushki jest passe, czy nowa Furia to rzeczywiście black metal, czy crownfunding to nadal żebranie, a może jednak jakaś forma nieżalu. Jak pewna “rockowa piosenkarka” powiedziałem sobie dość, spakowałem swoje wszystkie śmieszne recenzje (niemniej bądźcie spokojni moi anonimowi wielbiciele, tutaj też mam neta) i uciekłem w góry. Błądząc we mgle natrafiłem wreszcie na wielki monument, który pozwolił mi zebrać swoje myśli do kupy oraz odpocząć w towarzystwie dźwięków skał. A nazwa tej góry brzmi Vyrh.

Zacznę chyba od tego, że długo szukałem materiału jaki zaprezentował mi tegoroczny debiut wspomnianego projektu. W zasadzie nic o nim nie wiadomo i pojawił się tak naprawdę z próżni. Niemniej jednak Majestat skał i złamań otwartych jest wydawnictwem wielowarstwowym, ale idealnie wyważonym. Bez zbędnych dźwięków, niepotrzebnych eksperymentów czy nieprzemyślanych zagrywek. W czasie tej trwającej nieco ponad 40 minut wędrówki możemy usłyszeć masę różnych stylów, które wydawać by się mogły trochę do siebie nie pasują. W rzeczywistości okazały się naprawdę świetnym połączeniem! Jak dla mnie punktem wyjścia w Vyrh był miks black metalu z ambientem, czego dowodem może być już otwierający krążek Żleb Drege’a, Próżna Lodowa Próżnia albo Eiger Nordwand. Z kolei w każdej z części kompozycji Złamanie dostajemy post-rock, który w trzeciej odsłonie momentami romansuje z…dream popem czy shoegaze. Innym razem muzyka przenosi nas gdzieś w krystaliczne rejony i pokryte arktycznym mrozem jaskinie znane chociażby z Blanck Mass, co potwierdza Martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze. Natomiast utwory jak Biały jar, biała cisza bądź Przełęcz Diatłowa mogłyby z powodzeniem pojawić się na jednym z licznych wydawnictw geniuszy z Demdike Stare. Niemniej jednak, największym atutem tego materiału jest klimat jaki niesie za sobą muzyka. Bo choć czuć tutaj ducha dzikiej przyrody i wolności niezbadanych przez człowieka terenów, to ciągle mamy wrażenie że cała ta podróż odbywa się pod czyimś czujnym okiem. Tak jakby coś bądź ktoś stale obserwowało nasze kroki, jak niemy narrator jedynie patrzy dokąd zmierzamy i jak gubimy się w tej gęstej mgle przeróżnych dźwięków. Trudno też odmówić delikatnie zaznaczonej sennej atmosfery, ale nie rodem z koszmaru Lyncha czy Jodorowsky’ego. Raczej przychyliłbym się w stronę pełnej niedomówień historii jaką opowiedziała Joan Lindsay w Pikniku pod wiszącą skałą. Ten album to raczej straszna baśń aniżeli bajkowy horror.

Ten kto czyta moje teksty na bieżąco (w co wątpię) wie, że rzadko daję zawyżoną ocenę by dodatkowo zmobilizować autora do dalszego działania. Tak w przypadku Vyrh robię wyjątek, bo pierwszy materiał wypuszczony pod tym szyldem jest po prostu świetny. Jeżeli lubicie wyciszyć się poprzez obcowanie z bogatym instrumentarium, nienachalną melancholią i lękiem oraz przepadacie za muzyką pochodzącą z serca matki natury to lepiej nie mogliście trafić. Muzyczna historia pt. Majestat skał i złamań otwartych z pewnością was porwie i pozwoli wam zagubić się nie tylko w harmonii mroźnych nut, ale też wnętrzu samego siebie.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , , , , .