Gary Numan: „Ludzie tacy jak ja muszą ciągle coś udowadniać”

Niewielu jest takich artystów jak Gary Numan. Niewielu może się pochwalić taką rozpiętością stylów w swojej karierze, począwszy od synth popu, poprzez new wave, dark wave, kończąc na funk rocku oraz industrialu. Niewielu może też poszczycić się ponad czterdziestoletnim stażem artystycznym. Numan ma na swoim koncie ponad dwadzieścia albumów, trasy koncertowe na całym globie. Nie bez przyczyny nazywany jest ojcem chrzestnym industrialnego rocka oraz pionierem komercyjnej muzyki elektronicznej. Po ciepło przyjętym albumie Savage (Songs from a Broken World) Gary rozpoczął ponad stu-koncertową trasę po całym świecie. O tym, jak ona wyglądała i co ze sobą niesie, a także o poprzednich wydawnictwach, czym był tak naprawdę projekt Tubeway Army, i czy coś się zmieniło po ujawnieniu informacji o stanie zdrowia muzyka, przeczytacie poniżej w wywiadzie, którego Numan udzielił magazynowi Kvlt pod koniec ubiegłego roku.

Interview with Gary Numan in English version (PDF file)


Witaj, Gary. Twoja obecna trasa koncertowa się kończy. Czy mógłbyś pokusić się już o jej krótkie podsumowanie? Czy któryś z koncertów specjalnie zapadł Ci w pamięć?

Jak do tej pory zagraliśmy 115 koncertów promujących płytę Savage, a wciąż zostało nam jeszcze 15. To był bardzo intensywny okres. Zdecydowanie największa liczba koncertów, jakie zagrałem przy okazji promocji jakiejkolwiek płyty. Graliśmy w ogromnych miejscówkach i małych klubach. Pojawiliśmy się też na festiwalach. Zwiedziliśmy jakoś 20 różnych krajów. Zdarzały się zniechęcające chwile i pewnego rodzaju upadki, ale potem nadchodziły wzloty i triumf. To naprawdę niesamowita trasa pod wieloma różnymi względami. Jeżeli chodzi o najważniejszy jej punkt, to wydaje mi się, że on dopiero nadejdzie. Za parę dni gramy w Royal Albert Hall w Londynie. Występ na jednej scenie ze Skaparis Orchestra będzie dla mnie spełnieniem najskrytszych marzeń. Moja córka Persia również wiele razy pojawiła się wraz z nami na scenie, a to zawsze jest dla mnie specjalne wydarzenie.

Porozmawiajmy więc chwilę o przeszłości. Jeżeli nie masz nic przeciwko, chciałbym cofnąć się do Twoich muzycznych początków. Tubeway Army miał być zespołem, który powstał na fali punk rocka w Wielkiej Brytanii. Co się stało, że historia potoczyła się inaczej, niż zakładałeś?

Weszliśmy do studia, by nagrać nasz debiutancki album jako trio gitara/bas/perkusja. Chcieliśmy stworzyć punk rockową płytę opartą głównie na kawałkach, które grywaliśmy wtedy na koncertach. Będąc w studiu, natknąłem się na syntezator Mini Moog. Nie miałem pojęcia, jak się za to zabrać; w tamtych czasach w ogóle nie umiałem posługiwać się keyboardem. Ludzie ze studia powiedzieli mi jednak, żebym spróbował. Pamiętam, że byłem zdumiony dźwiękami, jakie produkowało to urządzenie. Od razu przekształciłem moje gitarowe kawałki na utwory w stylu punk-electro i w tym też kierunku podążałem przy nagrywaniu reszty albumu. Wytwórnia nie była z tego powodu zadowolona, ale po wielu burzliwych rozmowach w końcu zgodzili się to wydać. Płyta została nazwana tak samo jak zespół, czyli po prostu Tubeway Army.

Po dwóch ciepło przyjętych albumach Tubeway Army nagle zacząłeś karierę solową. Co sprawiło, że wydałeś The Pleasure Principle, a nie trzeci album Tubeway Army?

Prawdę mówiąc, Tubeway Army nigdy nie był zespołem. To ja odpowiadałem za wszystko związane z tym tworem. Decydowałem o wszystkim i o wszystko dbałem zupełnie sam. Nie chodzi tu więc o podjęcie kariery solowej, ale raczej o porzucenie fikcyjnej nazwy zespołu. Tubeway Army to byłem ja pod przykrywką nazwy zespołu. Tak naprawdę chciałem pozbyć się tej nazwy jeszcze zanim ukazała się debiutancka płyta. W moim odczuciu Tubeway Army był zespołem punk rockowym, ale album, który nagrałem, był w stu procentach muzyką elektroniczną. Nie chciałem wprowadzać nikogo w błąd. Po prostu czułem, że wydanie go pod szyldem Gary Numan pozwoliłoby mu zacząć z czystym kontem. Niemniej jednak ludzie z wytwórni nie zgodzili się na mój pomysł, a ja nie mogłem ich w żaden sposób przekonać. Dopiero gdy odniosłem pewnego rodzaju sukces, udało mi się doprowadzić do zmiany. Wtedy to wyglądało, jakbym porzucił zespół i uciekł w swoją własną stronę. Ale to zupełnie nie tak.

Rzesze fanów zdobyłeś jednak dzięki The Pleasure Principle. Jak myślisz, dlaczego właśnie ten album odniósł tak wielki sukces?

Poprzednia płyta, Replicas, odniosła tak naprawdę jeszcze większy sukces niż The Pleasure Principle. Na The Pleasure Principle znajduje się utwór Cars, który osiągnął sukces praktycznie wszędzie, gdzie się tylko dało. Obie te płyty zostały wydane w 1979 roku i tak naprawdę zapoznały ludzi z muzyką elektroniczną. Przez pewien czas stanowiły symbol zupełnie nowego gatunku muzyki. Myślę, że piosenki Are ‘Friends’ Electric i Cars znacząco się do tego przyczyniły. Te single wypadły fantastycznie i przyciągnęły uwagę fanów na albumy, na których zostały zamieszczone.

Czyli chodziło o chwytliwe single, rozumiem. Następnie przyszły lata 80. i… zniknąłeś ze sceny. Dlaczego zdecydowałeś się zrezygnować z grania koncertów w 1981 roku? Co sprawiło, że w późniejszych latach zmieniłeś swoją decyzję i wznowiłeś trasy koncertowe?

Nie podobało mi się bycie sławnym. To było coś zupełnie niespodziewanego. Może to trochę dziecinne z mojej strony, ale chciałem znów traktować to wszystko jako hobby. Obwiniałem ciągłe koncertowanie za wyciąganie mnie z mojej strefy komfortu i odciąganie od ludzi, których kochałem. Przez nieustające granie na żywo nie mogłem się skoncentrować na pisaniu muzyki i ulepszaniu moich umiejętności muzycznych, co było dla mnie bardzo ważne. Koncertowanie zmuszało mnie do występowania przed tłumami ludzi, przez co czułem się dziwnie i nieswojo. Chciałem odejść. To oczywiście był błąd. Byłem zbyt młody, niedojrzały i wpatrzony w siebie, by zrozumieć, jakie to wszystko było niesamowite. Powinienem był wtedy uzbroić się w cierpliwość i starać się nieco spowolnić tempo rozwoju wydarzeń. Poznać środowisko i oswoić się ze wszystkimi dziwnymi sytuacjami, które w końcu przestałyby mnie zaskakiwać. Dlatego też wróciłem rok czy dwa później. Dopiero wtedy zaczynałem lepiej rozumieć pewne rzeczy i dostosowywać się do sytuacji. Dorastałem bardzo szybko, ale niestety, narobiłem wiele syfu. Można powiedzieć, że przez następne 40 lat starałem się naprawić błędy młodości i w pewien sposób je zrekompensować.

Lata 80. nie były dla Twojej muzyki zbytnio łaskawe, chyba pod każdym względem. Zabrakło znaczących sukcesów, krytycy dość chłodno obnosili się z Twoim materiałem. Jak to wygląda z perspektywy czasu – może po prostu wyprzedziłeś swoją epokę? W końcu eklektyzm jest teraz w cenie.

Nie myślę o tym w ten sposób. Uważam, że oceny krytyków w stosunku do mojej muzyki z tego okresu były trochę zbyt surowe. Nie wszystkie, rzecz jasna. Myślę, że moja muzyczna kreatywność spadła nieco poniżej normy we wczesnych latach 90. Moje wybory na wielu płaszczyznach okazały się błędne i nieprzemyślane. Szczerze uważam, że ludzie tacy jak ja, czyli osoby, które utrzymują się z muzyki, muszą ciągle coś udowadniać, by utrzymać swoją pozycję. Każda nowa płyta musi być dobra, by pozostać na topie. To, że w przeszłości wydałeś 2 czy 3 piosenki, które przykuły uwagę szerszej publiczności nie oznacza, że ciągle jesteś uwielbiany i popularny – musisz sobie na to zasłużyć. Po czasie myślę, że parę razy nie udało mi się trafić w gusta publiczności w latach 80. i wczesnych 90. Miałem obsesję na punkcie odkrywania nowych rzeczy i kierunków do takiego stopnia, że traciłem zainteresowanie i moje własne umiejętności. Chciałem coś zmienić tylko po to, by doszło do zmiany, a nie po to, by prawdziwie zachłysnąć się jakąś ideą. Podsumowując, nie żywię do nikogo urazy za to, co zostało powiedziane czy napisane w przeszłości. Uczyłem się na błędach i czasem nie zgadzałem się z opiniami innych. To nie było przyjemne i cieszę się, że mam to już daleko za sobą.

A właśnie, w tamtych latach wcielałeś w swoją muzykę wiele różnych stylów od new wave, przez electronic industrial, aż po synth pop. Starałeś się odnaleźć swoje własne muzyczne „ ja”? 

Zawsze szukam nowych rozwiązań i brzmień. Nowe sposoby robienia czegoś zupełnie nowego to coś, co bardzo lubię. Nienawidzę nostalgii i patrzenia wstecz czy też rozważania na temat przeszłości. Dlatego też nie jestem zainteresowany w dostosowywaniu się do standardów muzycznych danej epoki. Zawsze staram się tworzyć coś, co wychodzi poza wszelkie ramy i oczekiwania. Często oczywiście mi się to nie udaje, ale czasami idzie mi naprawdę dobrze.

Znaczącą zmianą w Twojej twórczości wydaje się płyta Sacrifice z lat 90. Nagrałeś ją zupełnie sam. Skąd taka decyzja? Jak odbierasz ten materiał po ponad dwóch dekadach?

To wszystko było wynikiem tego, że chciałem, by muzyka znów była moją pasją. W żaden sposób nie starałem się odnieść komercjalnego sukcesu. Chciałem po prostu tworzyć taką muzykę, jaka mi się podobała, nie martwiąc się przy tym, czy płyta odniesie sukces, czy też nie. Nie chciałem myśleć o kontraktach z wytwórniami, pieniądzach albo o tym, czy moje utwory będą grane w radiu. Chciałem podążać moją własną ścieżką i nie odtwarzać tego, co złożyło się na sukces na początku kariery. Pragnąłem znów kochać to, co robiłem. Potem zrozumiałem, że tworzenie muzyki nie sprawiało mi przyjemności przez bardzo długi czas.

Materiał ten był bardziej mroczny i surowy w porównaniu do Twoich wcześniejszych wydawnictw. Wydaje się, że właśnie wtedy wyznaczyłeś swój obecny kurs. Czy w trakcie tworzenia tej płyty wiedziałeś, że to było właśnie „to”? Co się stało w Twoim życiu, że odzyskałeś swoje „mojo”?

Uznałem to za nowy kierunek, który bardzo mi odpowiadał. No, może nie zupełnie nowy kierunek, co ponowne odkrycie mojej dawnej ścieżki. Trochę tak, jakbym wiele lat temu zboczył z sekretnego szlaku, na który ponownie się natknąłem, rozpoznałem go i zacząłem po nim biec. Wszystko, co wydałem od Sacrifice było dla mnie frajdą. Nigdy nie czerpałem takiej radości z tworzenia muzyki, jak przez ten czas. Co ciekawe, każda kolejna płyta odnosiła większy sukces niż poprzednia. Gdy starałem się odnieść sukces to mi się nie udawało, ale gdy zupełnie nie przywiązywałem do niego wagi, to wręcz trafiałem na niego z zamkniętymi oczami.

Twoja ostatnia płyta Savage (Songs from a Broken World) bardzo dobrze się przyjęła, chyba nawet jest to Twój najlepiej oceniany album od czasów The Pleasure Principle. Czy gdyby ktoś w latach 80. powiedział Ci, że na tak wielki komercyjny sukces będziesz musiał czekać ponad 30 lat, uwierzyłbyś w to?

W ogóle bym w to nie uwierzył. Nie oczekiwałem, że znajdę się w środku przemysłu muzycznego na dłużej niż kilka lat. Tak naprawdę myślałem, że to wszystko zaraz się skończy. Savage jest wprawdzie najlepiej ocenianym albumem w całej mojej karierze. Gdy ukazało się The Pleasure Principle, media nienawidziły tej płyty. Przez lata wyrosła na klasyka gatunku, ale w tamtych czasach nie była zbyt lubiana.

Czytałem w różnych wywiadach, że jeszcze będąc dzieckiem, dostałeś od swojego ojca gitarę – Les Paul. Był to instrument, na którym później grałeś. Podobno byłeś wtedy zafascynowany zespołem T. Rex (Marc Bolan miał właśnie takiego Les Paula) i Davidem Bowie, to prawda? Kim jeszcze?

Masz rację, chciałem mieć gitarę Les Paula, bo Marc Bolan ją miał, a ja byłem jego wielkim fanem. Później stałem się również fanem gitarzysty Bowiego, Micka Ronsona, który również posiadał Les Paula. Tak naprawdę była to jedyna gitara, którą kiedykolwiek byłem zainteresowany. Wciąż mam model, który kupili mi rodzice, gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Wciąż jeździ ze mną na trasy i używam go przy nagrywaniu płyt.

Co obecnie kręci Cię w muzyce? Zauważasz jakieś różnice lub punkty styczne między tym, co jest teraz, a tym co było kilkadziesiąt lat temu?

Praktycznie w ogóle nie słucham muzyki. Nad swoją muzyką pracuję bardzo dużo i jestem całkowicie nią pochłonięty. Jest to niesamowicie ważna część mojego życia. Od tego w pełni zależna jest moja rodzina. Tak naprawdę, gdy nie zajmuje się muzyką, nie mam ochoty mieć z nią do czynienia. Nie słucham radia, bardzo rzadko puszczę sobie coś w domu czy samochodzie. Czasem pójdę na jakiś koncert i to tyle. Kocham tworzyć muzykę, ale moje życie tak naprawdę nie obraca się wokół niej. Nie mam pojęcia co jest teraz modne w radiu, kto jest popularny, a kto nie. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Niemal ciągle jestem w trasie, a jeśli dodasz sobie do tego presję pracy w studiu i nieustanny pobyt poza domem, zrozumiesz, że chciałbym zrobić sobie przerwę od muzyki i wszystkiego, co jest z nią związane, gdy nie pracuję.

Dla niektórych jesteś ikoną. Trent Reznor nie ukrywa, że Twoja twórczość była dla niego wielką inspiracją, tak jak jego dla Ciebie. Jak się do tego odnosisz?

Trent jest geniuszem i jestem dumny, że wymienił mnie jako źródło inspiracji dla niego i Nine Inch Nails. Ja z kolei uwielbiam wszystko to, co on robi, więc mamy tu wzajemny ładunek szacunku i podziwu. Jest moim dobrym przyjacielem i pomógł mi w wielu rzeczach na przestrzeni lat. Jest bardzo w porządku facetem, a przy okazji stworzył wiele świetnych rzeczy i włożył w to mnóstwo pracy.

To naprawdę miło słyszeć. Ja zaś Twoją muzykę poznałem dzięki zespołowi Fear Factory. Razem z nimi nagrałeś teledysk do numeru Cars. Czy przewidujesz kolaboracje z podobnie ekstremalnymi zespołami?

Pracowałem naprawdę z wieloma artystami. Nine Inch Nails, Fear Factory, Jean-Michel Jarre, Battles. Było ich zbyt wiele, bym mógł ich wszystkich zapamiętać, niemniej jednak niemalże wszystkie kolaboracje były przyjemnymi niespodziankami. Praktycznie nigdy nie były planowane i wychodziły spontanicznie, więc na ten moment nie mam nic zaplanowanego, ale nigdy nie wiadomo, czy coś nagle się nie pojawi. Jestem teraz w trasie, spotykam wielu ludzi, więc siłą rzeczy pomysły i propozycje to chleb powszedni. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jestem pewien, że w przyszłości dojdzie do kolejnych kolaboracji, ale na ten moment nie mam pojęcia z kim.

Pracowałeś z muzykami powszechnie uważanymi za jednych z największych innowatorów w swoich gatunkach: Fear Factory, Africa Bombada czy Trent Reznor. Czy jest obecnie ktoś, z kim chciałbyś współpracować?

Nikt nie przychodzi mi do głowy na ten moment. Takie rzeczy przychodzą same i albo ludzie ci odpowiadają, albo nie. Jeżeli osoby, które chcą ze mną współpracować nie za bardzo mi pasują jako ludzie, po prostu z nimi nie kolaboruje. To ma być przyjemność i coś, co wyciągnie cię z twojej strefy komfortu. Coś, co skłoni cię do zrobienia rzeczy, o których nigdy wcześniej byś nawet nie pomyślał.

Wiele grup podjęło się coverowania Twoich utworów. Jak możesz się do tego odnieść? Który z nich jest Twoim ulubionym, a może znalazł się jakiś lepszy niż oryginał?

Ostatni raz, gdy liczyłem covery moich utworów, wyszło mi jakoś 100. Od zupełnie nieznanych zespołów po takie tuzy, jak Nine Inch Nails czy Foo Fighters. Słyszałem parę niesamowitych wersji moich własnych piosenek, wiele z nich było lepszych niż oryginał. Mój ulubiony to cover utworu Metal w wykonaniu Nine Inch Nails.

Jeśli możemy poruszyć kwestie prywatne, przyznałeś się w jednym z wywiadów, że zdiagnozowano u Ciebie zespół Aspergera. Co zmieniło się w Twoim otoczeniu po ujawnieniu tej informacji?

Nigdy nie unikałem tego tematu. Nie jest to znowu dla mnie nie wiadomo jak wielka rzecz. Zawsze uważałem to za coś dobrego. Ludzie z Aspergerem mają to coś, czego większość ludzi nie ma. Są to bardzo przydatne cechy, gdy prowadzisz tego typu styl życia. Nie jest to bynajmniej upośledzenie, wada czy ułomność. Jest to pewnego rodzaju zamiana zdolności. Istnieją rzeczy, które dla mnie są trudne, a dla wielu ludzi wyjątkowo łatwe, ale bywa też i zupełnie na odwrót. Prawdopodobnie widzę świat trochę inaczej niż inni, ale funkcjonuję w nim całkiem nieźle. Nigdy nie chciałem, żeby było inaczej. Za nic w świecie bym tego nie zmienił.

Przez całe życie mieszkałeś w Londynie. Kilka lat temu postanowiłeś przeprowadzić się do Kalifornii. Czy lepiej Ci się żyje w USA? Przeprowadzka to głównie przez potrzebę większej ilości słońca?

Pogoda odegrała małą rolę w mojej przeprowadzce. Wpłynęło na to wiele czynników. Uznałem, że Stany Zjednoczone będą lepszym miejscem dla moich córek. Mają tu więcej szans na przyszłość i zdecydowanie mniej przeszkód. Nie jest to perfekcyjne miejsce, ale zdecydowanie lepsze. Chciałem zacząć prowadzić styl życia, który wiązałby się z dłuższym przebywaniem na świeżym powietrzu. Dodatkowo mówi się tu w języku, który znam, a możliwości muzyczne są również dużo lepsze. Tak samo jest z filmem i muzyką filmową. Jestem bardzo szczęśliwy, że tu mieszkam, ale byłbym dużo szczęśliwszy, jakby nie było Trumpa.

Gdy przygotowywałem się do wywiadu z Tobą, natknąłem się na wzmiankę, że masz zamiar wydać książkę. Wiem, że ma to być rozwinięcie historii, którą zapoczątkowałeś na swojej ostatniej płycie Savage (Songs from a Broken World). Czy możesz zdradzić kierunek, w którym rozwinęła się ta historia?

Pracowałem nad tą książką przez lata. Wydaje się, że jest to pewnego rodzaju magazyn moich własnych pomysłów, które potem przekształcam w muzykę, ale pewnego dnia chciałbym ją skończyć i wydać. Mam nadzieję, że w końcu do tego dojdzie. Album Savage jest pod wieloma względami muzycznym odzwierciedleniem tej książki. Jest to seria elementów, które ukazują życie w przyszłości. Płyta przedstawia miejsce wydarzeń i stanowi tło dla historii, która zawarta jest wewnątrz niej.

Wracając do koncertowania i promocji Savage, właśnie kończysz amerykańską część swojej najnowszej trasy i już niedługo będziesz grał koncerty w Europie, w tym w Polsce, gdzie masz wielu oddanych fanów. Co byś powiedział, gdyby dorwała Cię grupa fanatycznych wielbicieli w Warszawie?

Byłaby to zdecydowanie bardzo miła niespodzianka. Zawsze chętnie rozmawiam z ludźmi, gdy jestem w podróży.

Dziękuję za rozmowę i poświęcony czas.

 

 

 

Tłumaczenie: Marcel Szczepanik
Zdjęcia: https://www.facebook.com/GaryNumanOfficial/

Tagi: , , , , , , , , , .