Akrotheism – “Law Of Seven Deaths” (2019)

Zawsze gdy mam do czynienia z metalem z Grecji, to zastanawiam się nad niedookreśloną specyfiką tamtejszej sceny. Jest w niej coś pierwotnego, jakiś pierwiastek szaleństwa i swoistego, antycznego ducha – jakby muzyka była naznaczona piętnem kolebki cywilizacji i niosła w sobie podwaliny sztuki i kultury śródziemnomorskiej. I to bez względu na gatunek. Podobne odczucia towarzyszą mi w kontakcie z drugim albumem black metalowej hordy Akrotheism, powstałej kilka lat temu na gruzach Astral Aeon. Przy czym Grecy idą krok dalej – wspaniale łączą egzotykę własnej ojczyzny ze skandynawskim chłodem i europejskim mistycyzmem.

Jest tu bardzo dużo specyficznego klimatu, wynikającego w prostej linii z połączenia death metalowych wibracji na grecką modłę, bluźnierczych inkantacji Svartidaudi i modlitewnego uniesienia Deathspell Omega. Rozbudowane kompozycje, mnóstwo nieoczywistych zawodzeń prosto z piekielnych czeluści, na pozór nieco chaotyczne riffy wiodące prosto w kosmiczną otchłań, i diabelska, odarta ze wszystkiego, co ludzkie sekcja – wszystko to składa się na litanię do piekieł i dociśnięcie smolistym głazem resztek człowieczeństwa. Silnik tego potwora to grecki death metal, ale napędzają go lodowate oktany islandzkiego paliwa, wydestylowanego według francuskiej szkoły. Trudno uwierzyć, że taki album stworzyli ludzie, bo dźwiękowo jest to lawina smoły i gruzu, niosąca słuchacza prosto do diabelskiego kotła, ale z drugiej strony – tylko człowiek mógł w tym chaosie umieścić cały bagaż nieoczywistych, muzycznych równań. Znajdziemy tu wszystko – od potężnych riffów (choć nie zawsze podanych w oczywisty sposób), przez rozbuchane pasaże na sześciu strunach, po niemal progresywne miraże przełożone na język black metalu. Lecz żeby to odnaleźć, należy oddać diabłu co jego i pochylić się nad albumem z odpowiednią dozą nastawienia. Już pierwszy utwór jest jak przedsionek dantejskiego piekła – porzućcie wszelką nadzieję, wyzbądźcie się wszystkiego, co czyni was ludźmi i zasiądźcie nad dźwiękowym podręcznikiem nihilizmu. Oddajcie się lekturze, czytajcie dokładnie zdanie po zdaniu, smakujcie każdy wers i każde słowo. Wielokrotnie, z należną czcią i szacunkiem, aż ukaże wam się piekło w całym, potężnym majestacie.

Niesamowicie ciężkie, obrazoburczo dostojne, bluźnierczo uduchowione dźwięki. Ich odkrycie zajmie co najmniej kilka miesięcy, a obraz całości na pewno będzie zbyt przerażający dla niedzielnych fanów black metalu. Kto wie, czy nie największy tego typu album od czasów genialnego debiutu wspominanych wyżej Islandczyków. Absolutna potęga.

 

Ocena: 9,5/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , .