Black Sabbath – „Paranoid” (50th Anniversary Edition) (2020)

Black Sabbath Paranoid

Na 18 września tego roku przypada pięćdziesięciolecie legendarnego albumu Paranoid zespołu Black Sabbath. Pięćdziesiąt lat temu brytyjscy muzycy wypuścili swój drugi krążek, który sprzedał się momentalnie w czterech milionach kopii i z miejsca stał się kamieniem milowym dla muzyki rozrywkowej. Nie było mnie w tamtym czasie na świecie i mogę tylko przypuszczać jak wielki wpływ zespół miał na otoczenie w roku 1970 (w lutym tego roku ukazał się także debiut Black Sabbath), ale zdaję sobie sprawę z tego, czym jest w roku 2020, czyli zespołem bezpośrednio odpowiedzialnym za powstanie heavy metalu, a co za tym idzie inspiracją dla tysięcy (milionów) muzyków. Czy metal powstałby bez Sabbath? Podejrzewam, że tak. Czy wyglądałby jak dziś wygląda? Nie, jestem w pełni przekonany, że bez załogi Tony’ego Iommy’iego muzyka, której słucha spora część ziemskiej populacji nie byłaby taka jaka jest teraz. Lekko toporny, ciężki, zakorzeniony w bluesie i bardzo psychodeliczny styl muzyków z Birmingham pchnął muzykę w nowym kierunku, pokazał jej mroczną stronę i atrakcyjność silnie przesterowanych gitar, nie zapominając jednocześnie o przebojowości. Sabbath stał się symbolem zakazanego owocu, który pokazywał nie tylko muzykę, ale i nowy styl życia, jakże inny od wówczas uważanego za odpowiedni (bez dwóch zdań ten styl nadal jest ledwo akceptowany przez ogół, o czym każdy długowłosy młodzian przekonuje się każdego dnia w swej szkole i na ulicach).

Z okazji pięćdziesiątych urodzin Paranoid wytwórnia BMG postanowiła zrobić fanom prezent w postaci pięknie wydanego i dopracowanego wznowienia krążka. Wznowienie wypuszczone będzie w dwóch formatach: czteropłytowym CD i pięciopłytowym winylowym. Ja mam szczęście obcować z tym drugim, zwanym Super Deluxe. Wersja ta posiada album oryginalny (zremasterowany w 2012 roku), nigdy dotąd niewydany na placku mix quadrofoniczny z 1974 roku, dwa albumy koncertowe z 1970 (Live in Montreaux i Live in Brussels). Poza płytami box zawiera poster zespołu, czterdziestostronicową książkę z wieloma materiałami archiwalnymi i Tourbook z 1971 roku. Wszystko na sztywnym papierze i spakowane w czarnym pudełku. Zaiste, całość robi wrażenie i powinno zadowolić chętnych do wydania na nie kilkuset złotych. Materiału do słuchania i czytania jest sporo, zapoznanie się ze wszystkim zajmuje kilka chwil, dając satysfakcję z obcowania z początkami Sabbath. Archiwalne zdjęcia, artykuły i wypowiedzi pozwalają choć troszkę poczuć zapach lat 70. i wyobrazić sobie, w jakich warunkach narodziła się legenda.

Co do najważniejszego elementu, czyli muzyki, to oczywiście podstawowy krążek z albumem pozostaje nadal głównym daniem wydania. Remaster wykonany w 2012 roku na moje ucho jest odpowiedni, utrzymuje balans pomiędzy nową jakością a duchem oryginalnych ścieżek. Szczerze mówiąc, słuchając tej wersji, miałem wrażenie, jakbym słuchał Paranoid po raz pierwszy – jakość mnie bardzo zaskoczyła. Bass Butlera został nieco wypchnięty do przodu, przez co wyraźnie słychać historie, które odgrywa, żyjąc własnym życiem. Położono także nacisk na partie Billa Warda, którego bębnienie osobiście uwielbiam. Perkusja nabrała dodatkowej mocy i dynamiki, przez co całość zyskała na witalności, a mój ulubiony War Pigs brzmi jak milion dolców (nie wątpię, że zarobił więcej).
Dla osób nietolerujących remasterów głównym daniem zostanie krążek numer dwa, czyli wspomniana wersja quadrofoniczna z oryginalnym miksem z ‘74 roku i przygotowana do tłoczenia w 2016. Słucha się tego krążka nieco inaczej, posiada więcej „górki” i nie jest tak mocny jak wersja nowsza. Co ciekawe trzeba przyzwyczaić się do instrumentów „pływających” po kanałach (w panoramie), co najłatwiej wyłapać na wejściach w War Pigs na przykładzie hi-hata. Rzecz obowiązkowa dla maniaków Black Sabbath.

Trzy pozostałe płyty to dwa koncerty: pierwszy z Montrealu, drugi z Brukseli, a każdy z roku 1970. Show z Montrealu słucha się w moim uznaniu lepiej, aczkolwiek każdy z występów jest równie ważny w podróży w przeszłość zespołu. Utwory wykonane na tych koncertach to oczywiście miks dwóch pierwszych krążków.

Gdy myślę o wpływie Sabbath na metal, mam wrażenie, że nie ma mowy o twierdzeniu, iż na jakiś album ich sztuka nie położyła piętna. Co z tego, że muzyk X bezpośrednio nie inspirował się Brytyjczykami? Jestem przekonany, że inspirował się nimi muzyk Y, którym z kolei inspirował się wcześniej wymieniony muzyk X. W 1970 BS poruszył lawinę, która nie wyhamowała po dziś dzień i liczę na to, że nie wyhamuje nigdy, bo to oznaczałoby śmierć pięknej sceny zwanej metalową. Wpływu Paranoid i Black Sabbath w ogóle nie należy przeceniać, można nie przepadać, ale hołd oddać należy.

Black Sabbath na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , , , , , .