Jakoś tak już jest, że spośród wszystkich odnóg metalu to w najczarniejszym podgatunku zdarza się najwięcej eksperymentów, dewiacji, fiksacji i muzyków usilnie dążących do dumnego miana Prawdziwego Artysty. Cryostasium to jeden z takich projektów. W założeniu nie-do-końca-black-metal, w praktyce okazuje się być tworem aż za bardzo przekombinowanym.
Cryostasium to kolejny krążek tego jednoosobowego projektu. Nawet nie powiem, który, bowiem stojący za tą nazwą Cody Maillet przyjmuje strategię amerykańskich i rosyjskich wojsk podczas 2WŚ. Znaczy się, zasypuje słuchacza bzdurnymi ilościami wypustów. Akurat ten krążek jest jedną z dziewięciu płyt wydanych w roku dwutysięcznym czternastym. Jakoś tak wyszło, że został wydany w wersji fizycznej, za co odpowiada Satanath Records. Znajdziecie tu niepełne czterdzieści minut muzyki, skondensowanej na trzynastu kawałkach. Zapala się lampka, że coś tu jest nie tego?
Główny problem Cryostasium jest taki, że on chce być czymś więcej niż jest. Tak jakby Maillet na siłę chciał zrobić z tej płyty objawienie co najmniej czterech gatunków naraz. Mamy tutaj i ambient, i industrial, i ciągotki shoegazeowe, i rytualne, a wszystko w atmosferze eksperymentalnego black metalu. Miszmasz robi się z tego niesamowity a poszczególne pomysły mieszają się jak różne napoje wyskokowe w twoim żołądku w ostatnią sobotę. Z podobnie kolorowym skutkiem. Te dziesiątki idei zazwyczaj pasują do siebie jak pięść i jelito grube, do tego nieczęsto są odpowiednio dopieszczone. A szkoda, bo niektóre mają potencjał. Na przykład pomysł dźwięków „spoza muzyki” na Drown mógł być pociągnięty naprawdę interesująco. Z melodii na Evict można byłoby zrobić przyjemny, blackgaze’owy utwór. Brzmiałby na pewno lepiej niż w obecnej, chaotycznej jak słynne przemówienie Anny Zawadzkiej, wersji. Bardzo niepokojąco wyszedł Caregiver/Caretaker. I od razu klimat ten zepsuto totalnie nietrafionym przejściem, a raczej brakiem przejścia do Insomniac Manifesto, skądinąd również niepokojącym, choć w zupełnie innym stylu (powiedziałbym, że rytualno-Lovecraftowskim). Datura brzmi prawie tak obłąkańczo jak wytwory Stalaggh. Fixation najpierw głaska ambientem, by później szczypać industrialem. To Stay Alive i Shutdown to Cryostasiowe wersje shoegaze’u, a Into the Disposal w innej interpretacji mogłoby być niezłym dream popem. Ostatni, ukryty kawałek (na bandcampie niedostępny zresztą) jest najbardziej blackmetalowy ze wszystkich, choć to black metal raczej na organki niż gitary. Szerokie horyzonty, co nie? Szkoda, że każdy kawałek trwa tak po dwie, trzy minuty i po prostu te motywy nie zdążają się prawidłowo i ciekawie rozwinąć. Przemijają zbyt szybko, mieszają się bez ładu i składu i guzik z tego wychodzi. Zastanawiam się jaki jest cel tej płyty, i nie znajduję na to odpowiedzi. Przecież tu jest wystarczająca ilość materiału na trzy osobne płyty, a każda mogłaby być lepsza niż Cryostasium. Strzelam, że to przerost formy nad treścią i wspomniane silenie się na bycie Wielkim Artystą.
Otoczkę samych kompozycji w sumie też można tak określić. Zacznijmy od brzmienia. Jest ono cholernie surowe i piwniczne. Blisko mu do terenów noise’owych. Zarówno niespecjalnie czytelne gitary, perkusja brzmiąca całkiem DIY (garnki, przywiezione z wycieczki do Somalii tam-tamy i takie tam elementy składniowe) jak i wokal celujący chyba w klimaty DSBM-owe brzmią źle, choć nie można im odmówić pewnego klimatu i utrzymywania magii płyty. Brzydkiej, bo brzydkiej, ale jednak wyczuwalnej. Layout płyty też to artyzm pełną gębą. Cały wygląda tak, jak okładka: minimalistycznie-marzycielsko. Dodam, że na początku miałem problem ze znalezieniem tracklisty. Naprawdę.
Nie mam pojęcia dla kogo adresowana jest ta płyta. Może gdyby słuchacz łyknął podczas słuchania kilka pigułek halucynogennych wrażenia byłyby dużo lepsze? Niestety na trzeźwo to po prostu nietrafione wszystko i nic.
Ocena: 4,5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2014, ambient, black metal, Cryostasium, industrial, kapitan bajeczny, raw black metal, recenzja, Satanath Records.






