Dätcha Mandala – “Hara” (2020)

Lubię takie zespoły jak Dätcha Mandala. Przywracają mi wiarę, że jeszcze można nagrać fajny rockowy album. Nie, żeby to było jakieś odkrycie, rewolucja czy nowa jakość. Po prostu szczera, gitarowa płyta. Kapela z Bordeaux sięga przede wszystkim po stare, sprawdzone wzorce, ale robi to z wdziękiem. A album Hara to muzyczna odyseja rozciągająca się w swych inspiracjach od lat 60. po 90., biegnąca od południa Stanów, przez zamgloną, beatlesowką Anglię, aż po dalekowschodnie rejony. Ale w strukturze riffów potrafią pojawić się też mocniejsze, nowocześniejsze akcenty, co dobrze robi całości.

Najczęściej kompozycje opierają się tu na blues rockowych i hard rockowych, vintydżowych riffach, którym nie brak energii i melodyjności. Stick It Out pobudza już na wstępie, głównie za sprawą rwanej rytmiki. Zespół zgrabnie rozwija tę formułę w kolejnych numerach, w których sporo bluesowego zacięcia (Mother God), ale i rockandrollowej pasji (Who You Are), a także akustycznych wycieczek zmierzających ku Delcie Missisipi – ach ta harmonijka w Missing Blues! Noga sama tupie, jakby człek się znalazł w jakiejś tancbudzie.

Francuzi mają jednak do zaoferowania więcej, i gdy po pierwszych piosenkach wydaje się słuchaczowi, że wie już czego się spodziewać, muzycy poszerzają paletę muzycznych barw. On The Road ma w sobie coś z czasów świetności amerykańskiego soft rocka – a choćby The Eagles się kłania. Tit’s dla jednych będzie sztampową balladą, dla drugich po prostu bardzo zgrabną piosenką. Opierający się na rzewnych dźwiękach fortepianu Morning Song przywodzi na myśl The Beatles, a gitarowa solówka ma coś z dźwięków wypuszczanych spod palców gitarzysty Queen, Briana Maya. Sick Machine brzmi z kolei jak wspólna kompozycja Electric Light Orchestra (te przetworzone harmonie wokalne) i Kiss.

Nie oznacza to, że zespół zapomina o momentach żwawszych. Niepozbawiony wschodniej ornamentyki numer Moha skutecznie wciąga w odrobinę psychodeliczne rejony hipisowskich czasów – pojawiają się w nim dźwięki sitaru. Rytmiczne i zjadliwe Eht Bup oraz najmocniejszy na płycie numer, hałaśliwy (nawet bardzo w porównaniu z poprzednimi kawałkami) Pavot, nie pozostawiają wątpliwości, że to jednak rockowe dzieło. Dzieło naprawdę udane. Dla fanów retro klimatów, nawiązań do klasyki, niemniej jednak szczęśliwie pozbawionego małpowania.

Wysoki i dziarski głos basisty, Nicolasa Sauvey, jest dużym atutem kapeli, ale wyróżnić należy także pozostałych – Jérémy Saigne (gitary) i Jb Mallet (bębny) grają szczerze, energetycznie, z jajem, doskonale się rozumiejąc. Udało się na Hara stworzyć różnorodne utwory i przekonującą wizję brzmienia – niby retro, a aktualną.

ocena: 8/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Paweł Lach
Latest posts by Paweł Lach (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , .