Solidnie sponiewierany – tymi słowami najdokładniej oddałbym swój stan po gruntownym zapoznaniu się z trzecią propozycją łódzkiego Doomster Reich. Podczas licznych sesji z How High Fly the Vultures tytułowe sępy musiały krążyć nade mną całkiem nisko, cierpliwie czekając aż padnę. Nie dałem się, chociaż wiele nie brakowało.
To dlatego, że emocji negatywnych – po i w trakcie odsłuchu – aż nadto. Dosyć surowo brzmiącego doom metalu serwowanego przez Łodzian raczej nie zarzucicie sobie w celu przyjemnego tła i nacieszenia się muzyką wypływającą z głośników. To ciężki i porządnie zagrany walec, który hipnotyzuje dokładnie w ten sposób, w jaki doom metal powinien to robić. A może nawet bardziej. Posępny klimat wykreowany na nowym albumie twórców Drug Magick porównałbym do tego z Monotheist Celtic Frost – na How High Fly The Vultures można odczuć podobnie przygnębiającą beznadzieję. Co ciekawe, Doomster Reich taki efekt uzyskuje nie tylko w swoich autorskich numerach (te na albumie są cztery), ale także w coverze Warhead oryginalnie autorstwa Venom. Umieszczenie coveru na składającej się z pięciu pozycji trackliście początkowo uważałem za niezbyt dobry pomysł, jednak zespół swoją interpretacją numeru obronił tę decyzję. Teraz Warhead brzmi, jakby był skrojony pod Doomster Reich. Wszystkie oryginalne utwory Łodzian posiadają zaś szereg praktycznie jednakowych cech – są niemalże nieskończenie długie, i jak to na doom przystało bardzo wolne. Od tej ostatniej reguły odstępstwem jest Midnight of Madness, w którym zespół puszcza hamulec i przez większość czasu gna przed siebie na złamanie karku.
Może to kwestia tego, że jest to po prostu dobrze zagrany album, może tego, że lubię doom, a może po prostu raz na jakiś czas lubię sprawić sobie małe mentalne katusze – nie da się ukryć, że mimo negatywnego ładunku emocjonalnego How High Fly the Vultures, i pomimo wokalu Raha, do którego dopiero po jakimś czasie udało mi się przyzwyczaić, najzwyczajniej w świecie lubię do tego albumu raz na jakiś czas wrócić. Nawet jeśli zostawia on we mnie pustkę podobną do tej, którą można dostrzec w oczodołach dziwnego Indianina (?) z okładki. Jakiś niezaprzeczalny czar tutaj jest.
Jeśli takie były zamierzenia zespołu, to zdecydowanie udało im się wszystko zrealizować. Czy polecam ich nowy krążek? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Jeśli ktoś chciałby poczuć się gorzej – wtedy jak najbardziej. Ewentualnie szukając w muzyce transowości – wtedy również. Choć lojalnie ostrzegam: spodziewajcie się raczej bad tripa.
Ocena: 8/10
Doomster Reich na Facebooku
- Psychonaut – „World Maker” (2025) - 13 lutego 2026
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
Tagi: 2018, doom metal, Doomster Reich, How High Fly The Vultures, Old Temple, recenzja, review.






