Funereal Presence – “Achatius” (2019)

Źródło:

Znowu black metal, i znowu projekt jednoosobowy. Tym razem jednak nie całkiem anonimowy, bo za Funereal Presence ukrywa się Bestial Devotion – perkusista amerykańskiego Negative Plane.  Jako że nasz bohater jest z pochodzenia Niemcem, to jego drugi pełny album jest mocno zakorzeniony w pierwotnym, europejskim blacku.

Można by powiedzieć, że Achatius został nagrany w czasach, kiedy jeszcze nie bardzo było wiadomo, czym ten black jest. Funereal Presence sięga do mrocznej przeszłości, kiedy gatunek dopiero zaczynał się kształtować, a jego dalszy rozkwit stał pod znakiem zapytania i miał przed sobą różne ścieżki rozwoju. Z jednej strony Bestial Devotion składa hołd bardzo wczesnemu obliczu Bathory, legendarnemu Tormentor, czy nawet nieco zapomnianemu dziś Death SS, z drugiej zaś kłania się czasom współczesnym, ale raczej tylko przez monumentalne rozwinięcia utworów – Achatius to niby tylko cztery kompozycje, ale najkrótsza trwa ponad jedenaście minut. Są w tych numerach całe tony najbardziej brudnego i obskurnego heavy metalu, są wyziewy siarki i dużo diabła. Riffy przypominają cały legion wielkich zespołów mieszających black z thrash metalem, ale gdy przechodzą w nieco kakofoniczną ścianę dźwięku, wówczas zaczyna się jawić norweskie piekło z najodleglejszych czasów, kiedy zagładę zaczynał siać Mayhem. Jednak to tylko pierwsze wrażenie, bo za tymi na pozór prostymi zabiegami kryją się arytmiczne fragmenty czy przejścia, jakby twórca chciał przemycić nieco blackowego progresu pod maską dzikiej furii. Pytanie tylko, czy był to świadomy zamysł, czy może zwykły, twórczy szał. Nie zabraknie też wolnych, trącących akustyką wstawek, które albo spajają poszczególne, opętane fragmenty, albo stanowią intro do kolejnych, bluźnierczych wynurzeń. W podobne rejony uderza Cultes Des Ghoules, jednak w kompozycyjnym rozbuchaniu Niemca jest więcej nieokrzesania i wściekłej jazdy bez trzymanki. Wszystko jest bardzo oldschool’owe, momentami wręcz jak prawdziwe wykopalisko z końca lat 80. ubiegłego wieku. Produkcja wali po nozdrzach zatęchłą piwnicą, nie ma w niej grama nowoczesności, jest czysty archaizm. Całości dopełniają deklamowane wokale i wszędobylski duch czystego, muzycznego prymitywizmu (tutaj kłania się niemiecki Katharsis).

Najciekawszy jest fakt, że album wcale nie brzmi, jakby został nagrany przez dinozaura, który płacze, że kiedyś to było. Po zetknięciu z Achatius mam wrażenie, że gość, który stworzył tego potwora autentycznie przesiedział trzydzieści lat w jaskini i nagle postanowił muzycznie pokłonić się diabłu. Nie wiedział, co się dzieje na powierzchni, nie miał pojęcia jak dziś się gra, po prostu wyrzeźbił muzę, tak jak sam czuł. Bez spiny, bez silenia się na jakieś kompozycyjne wyżyny. Gitara, bas, bębny, piwnica i wio do przodu. A że wyobraźnia pozwoliła mu nagrać kawał nieskrępowanej, brudnej i szalonej muzy? Tym lepiej dla wszystkich.

 

Ocena: 8,5/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , .