„Jeśli zbyt długo patrzysz w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć ciebie”. To jeden ze sławniejszych cytatów Fryderyka Nietzschego, aforyzm wyjątkowo często wykorzystywany w black metalu. Czasami przychodzi na myśl niemal bezwiednie, zwłaszcza po zetknięciu z takimi płytami jak W Otchłań Szaleństwa. To debiutancki krążek projektu, o którym wiadomo tylko tyle, że tworzy go dwóch anonimowych osobników, i że grają black metal.
Wiadomo, że Polska czarnym metalem stoi, ale raczej nie ma wiele zespołów, które wplatałyby doń nieco symfoniki i szczyptę ambientu. Otchłań łączy oba elementy z dość tradycyjnie pojmowaną gitarową jazdą, i udaje im się wyjść z tego zabiegu obronną ręką. Jest na tej płycie dużo klimatu i sporo negatywnych uczuć, w które wprowadza demoniczne, niemal obłąkane intro. Pierwsze, delikatne nuty Skatowanej Jaźni natychmiast skojarzyły mi się z kilkoma szalonymi, szwedzkimi projektami, ale gitarowy atak, podparty dudniącymi odgłosami, brzmiącymi jak echo studni, szybko skierowały odczucia na inne tory. Czuć w tym przygnębiający ascetyzm, który powoli zamienia się w nihilizm. Może to duże słowa, jak na album nikomu nieznanych debiutantów, ale to tylko dowód, że nikt nie ma wyłączności na targanie emocjami słuchacza przy pomocy diabelskich dźwięków. Otchłań powoli wciąga w muzyczną przepaść serwowaną dość oszczędnie, ale skutecznie. Usłyszcie Mój Krzyk jedzie na tradycyjnym, motorycznym patencie, ale zwolnienia w zwrotkach i nierytmiczny podział w refrenie nie pozwalają, żeby numer zlał się z pozostałymi. Im dalej, tym bardziej do głosu dochodzi ascetyczna, piekielna symfonika – serwowana głośno, acz w oszczędnej brzmieniowo formie. Nie znajdziecie tu rozbudowanych orkiestracji, które w tym przypadku wprowadzałyby tylko niepotrzebne zamieszanie. To raczej pojedyncze plamy, które dodają klimatu, podnoszą nieco poziom patosu i przy tym nie brzmią prostacko.
Ambientowych wpływów co prawda nie ma zbyt wielu, ale jeśli uznać za takie szum spod gitary w drugiej części Czyśćca Obłąkanych, czy intro do najbardziej pokręconego Władcy Wymrocza to wszystko w jak najlepszym porządku. Osobnym przypadkiem jest wieńczący dzieło Embrion Szaleństwa, który jest jednym wielkim, dźwiękowym zgiełkiem i postawieniem kropki nad „i”. To jest już ten moment, w którym otchłań patrzy w ciebie.
Osobną sprawą jest kwestia podejścia do tego albumu. Jeden raz nie powie nic, wręcz zwiedzie pozorną prostotą, niewymagającą melodyką, czy klawiszami, które albo przykrywają gitarowe niedoskonałości, albo starają się maskować kompozytorskie braki. Nic bardziej mylnego. Wystarczy się dobrze wsłuchać, żeby wychwycić całą dekadencję black metalu. Płyta oczywiście nie zrobi rewolucji i nie przewróci gatunku do góry nogami. Wersja CD to limit pięciuset sztuk, zatem do przypadkowych słuchaczy nie trafi, co też może być wartością dodaną. Kto ma docenić, ten doceni.
Ocena: 7,5/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022
Tagi: 2018, Hell Is Here Production, otchłań, recenzja, review, w otchłań szaleństwa.







