Inezona – „A Self Portrait” (2022)

Jest na A Self-Portrait poetycko, czarownie, sennie, nastrojowo… Jeśli podobne epitety Was nie zachęcają, porzućcie tę ścieżkę i podążcie bardziej hałaśliwą. Mglisty spokój kompozycji projektu Inezona może na początku odstraszyć, ale jeśli chcecie się wyciszyć, to ta płyta służy pomocną. Szereg podanych w notce prasowej łatek – Americana, Psychodelic Rock, Mystic Folk, Desert Pop – trafnie opisuje muzyczną zawartość albumu. Podobnie zresztą jak okładka – oniryczna, niby prosta, a symboliczna, rozmyta w żarze słońca i niedopowiedzeniach.

Za nazwą Inezona kryje się jedna osoba – Ines Brodbeck, urodzona w Arlesheim i dorastająca w Bazylei kompozytorka, multiinstrumentalistka i wokalistka. Podróżując po świecie – między innymi na Kubę, skąd pochodził jej ojciec – i zdobywając gruntowne muzyczne wykształcenie, znalazła nie tak dawno artystyczno-duchową ojczyznę w Tuscon w Arizonie, gdzie nagrywała z amerykańskimi muzykami. Słychać zresztą w kompozycjach Ines połączenie europejskiej, podszytej baśniową mistyką wrażliwości z formami i tematami typowymi dla tradycyjnej, folkowej amerykańskiej muzyki. A Self-Portrait to powrót do rodzimej Szwajcarii i w pełni solowa wypowiedź, nagrana w jednym pokoju w czasie wielkiej smuty lockdownu. Ines sięga tu po różne instrumenty: gitarę, ukulele, banjo, skrzypce, przeszkadzajki i własny głos, wykorzystywany dość oszczędnie, ale z wdziękiem i świadomością.

Wokalizy artystki, bez popisów i ścigania się po gamach i skalach, przynoszą nieco tajemniczej, ale w żadnym wypadku złowrogiej magii. Znajdziemy na albumie dźwięki skrajnie nieefektowne, które mogą nawet niektórym wydać się nużące i podane od niechcenia. To jednak pozór. Bez wirtuozerii, a ze szlachetną prostotą, miksując zgrabnie ciepłe barwy różnych instrumentów, udaje się artystce dotrzeć do ciekawych, folkowych pokładów melancholijnych treści, w których pobrzmiewa odrobina mistyki. Mamy tu coś z ballad Tima Buckleya, klimat amerykańskich bezdroży, ale i mglistą zadumę europejskich baśni. Singlowy i tytułowy numer, być może najbardziej udana kompozycja – a z pewnością moja ulubiona na albumie – to ekstrakt tej płyty. I jeśli jej czar Was nie ujmuje, to możliwe, że propozycja Inezony w całości nie przypadnie Wam do gustu. Bo to jednak album dość jednorodny, co oczywiście zarzutem nie jest, ale może być dla poszukujących zaskoczeń.

A Self-Portrait wyzbyty jest ambicji rzucenia słuchaczy na kolana i podboju muzycznych kosmosów. Ines nie krzyczy, a szepcze do ucha. Kto podda się tym zaklęciom w pełni, pewnie i wyżej oceni muzyczną zawartość. Z pewnością Inezone znajdzie ścieżkę do uszu i dusz nielicznych, ale w pełni doceniających tę propozycję słuchaczy.

ocena: 7/10

Oficjalna strona na Facebooku

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .