Infant Annihilator – “The Elysian Grandeval Galčriarch” (2016)

  •  
  •  
  •  
  •  

Infant Annihilator do niedawna był mi nazwą totalnie obcą. Poznałem ich dopiero, gdy na jakimś fanpage’u znalazłem link do Soil the Stillborn, kawałka promującego i zapowiadającego The Elysian Grandeval Galčriarch. Przyznaję bez bicia, odsłuchałem go z nudów. To był jednak dobry wybór, bo singiel zmiótł mnie totalnie. Po następnych pięciu odsłuchach pod rząd momentalnie stwierdziłem, że muszę się za nich zabrać, gdy już wyjdzie pełna wersja. Lepszego pomysłu w tym roku jeszcze nie miałem.

The Elysian Grandeval Galčriarch to drugi krążek angielskiego projektu techniczno-brutalowo-deathcore’owego. Tworzą go Eddie Pickard i Aaron Kitcher, znani także z downtempowego Black Tongue, oraz ostatnio Dickie Allen na wokalu (przez chwilkę udzielał się w Abiotic). We trzech wysmażyli album wyśniony dla każdego fana modernowego grania po bandzie. Godzina grania i jedenaście utworów zniszczyła mnie i zmordowała.

Od razu muszę zaznaczyć: jeżeli jesteś konserwą, dla której metal skończył się w latach dziewięćdziesiątych, jedyną prawilną drogą nagrywania jest prosty dyktafon i piwnica a jakość zespołu wyznacza się jego niepopularnością, to od razu odpuść. Za stary jesteś na takie granie. Jeżeli natomiast lubisz dźwięki w stylu Rings of Saturn i szukasz ich więcej, będziesz zachwycony. Co prawda, Infant Annihilator do ekipy Lucasa Manna pod względem kosmicznego, odjechanego klimatu nie ma startu, natomiast bije ich na głowę pod względem brutalności. Bo choć jest to głównie techniczny deathcore (notabene sam deathcore potrafi przecież mocno dać w kość), to wpływów slamowych (i nie tylko) jest tu od groma. A skoro mówimy już o graniu nowoczesnym to wypada też wspomnieć o brzmieniu: jest ono aż do bólu modernowe. Co jednym może się podobać, drugim zdecydowanie mniej. Ja uważam, że nie jest źle i na pewno brzmienie do dźwięków pasuje co nie zmienia faktu, że słyszy się tu za dużo szeroko rozumianej “cyfry”. Przydałoby się więcej mięcha. Najbardziej jest to odczuwalne w przypadku perkusji. A poruszając już te tematy, wspomnijmy o umiejętnościach muzyków. Są one wręcz imponujące. Czy to bas, czy perka czy wokal, każdy czynnik powoduje pełen podziwu opad szczęki i nagły napływ zazdrości. Powiem więcej, perkusista zasuwa aż za dobrze. Typek ustala tempa, przy których częstotliwość uderzeń jest tak gęsta, że czasami zlewają się one w jedną, nieczytelną masę. Mówię tu szczególnie o bębnie basowym. O layoucie się nie wypowiem, bo bazuję na plikach mp3. Ale okładka bardzo mi się podoba.

Przechodząc do samych kompozycji, mógłbym je podsumować prostym “łojapierdolę!”. Utwory są pogmatwane, ciekawe, nie nużą i zawierają tytaniczny element mocy i energii. Każdy też jest inny, zróżnicowany. Na otwierającym krążek, świetnym Unholy Gravebirth mamy bardzo dobre wpływy hardcore’owe. Crucifilth to kawałek bardziej deathcore’owy, z charakterystycznym groovem i breakdownem, który zrywa czapki i nie tylko. Mamy krańcowo techniczne i chaotyczne Motherless Miscarriage, jednak w tej chaotyczności jest jakaś przyciągająca siła. Mamy też wspomniany a zabójczy Soil the Stillborn i fragment basowy, przy którym zapluwam się z zazdrości. Znajdziemy też dwa dowcipy. Jeden w postaci Paedophilic Ultimatum, brzmiącego momentami jak muzyczka z windy, drugi to jedenastosekundowy napierdol w stylu grind o pięknej nazwie Neonatalimpalionecrophiliation. Ale przede wszystkim mamy Behold the Kingdom of the Wretched Undying, ponad siedemnastominutowego molocha. Kawałek pełen fajnych rozwiązań, nawiązań typu down/slamtempo i progresywnych, zdarzy się także elektroniczna modyfikacja wokalu, przez którą Allen brzmi jak wściekły dinozaur (co piszę w formie komplementu). Jest też wręcz złowieszczy fragment pośrodku utworu, powolny i miażdżący atmosferą. Największą zaletą tego kawałka jest jednak to, że zupełnie się on nie nuży. Nigdy bym nie pomyślał, że można zrobić siedemnastominutowy track przy którym nie tylko nie zasnę, ale też przez całą długość utrzymam uwagę i zainteresowanie. A to niesamowity wyczyn.

Infant Annihilator gra naprawdę zachwycająco. Mnogość technik, których używają muzycy, ogromna brutalność (praktycznie każda slamka niszczy konkurencję. Może to przez nadanie im wyjątkowo szybkiego, jak na te klimaty, tempa?), kupa pomysłów, umiejętności i łatwość klejenia motywów, idealne zbalansowanie brutalnej sieki, techniki i melodyjności: to wszystko składa się na płytę niespotykanie dobrą. Niepozbawioną jednak wad. O brzmieniu i zlewaniu się perkusji już wspomniałem, drugą sprawą jest to, że czasami słychać powtarzanie sekwencji. Nieczęsto, jednak się zdarza, chociażby w porównaniu Unholy Gravebirth i Soil the Stillborn. Przeszkadza mi też długość. Bo mimo, że płyta jest napakowana atrakcjami aż do porzygu, to jednak godzina to dla mnie za dużo i ostatni Blasphemian już mnie nużył. Nie dlatego, że to słaby utwór. The Elysian Grandeval Galčriarch jest po prostu zbyt długie. Dużo przyjemniej łyknąłem ją w dwóch częściach i takie rozwiązanie też polecam. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to płyta prawie idealna i najbardziej pozytywne zaskoczenie obecnego roku, przynajmniej dla mnie. A także najsilniejszy kandydat do tytułu płyty roku. Polecam jak popierdolony.

Ocena: 9,5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , .