Kolejne dzieło Master stało się ciałem dnia 19 stycznia roku pańskiego 2024. Operujący od wielu lat zespołem Paul Speckmann oddał swojego kolejnego bękarta w ręce wytwórni Hammerheart, by zadbała, aby album Saints Dispelled trafił w nasze łapy.
Pamiętacie jeszcze czasy, gdy Paul dołączył do Krabathora i wszyscy go obwiniliśmy za zmianę stylu i ostateczny upadek świetnej kapeli? Ja pamiętam, ale już dawno to sobie poukładałem i stwierdziłem, że było to ze strony fanów dziecinne zachowanie, bo Paul był tylko jednym z czynników wpływających na to, co się stało z nieodżałowanym Krabathorem. Piszę o tym, bo polscy fani są pamiętliwi i tak jak nie tolerują Sepultury bez braci Cavalera, tak mogą trzymać urazę do Speckmanna. Czas płynie, my dojrzewamy i trzeba patrzeć do przodu, a nie oglądać się za plecy.
Co zaś tyczy się teraźniejszości, to na pewno Saints Dispelled nikogo nie zaskoczy. Paul przesiąkł swym stylem i stał się czymś w rodzaju death\thrashowego Lemmy’ego. Jego muzyka to podgatunek sam w sobie i porównywanie go do kogoś innego ma niewiele sensu. Kompozycje na płycie utrzymują ciężar jego spuścizny, ale należy pamiętać, iż to, co od wielu lat tworzy, ma niewiele wspólnego z kvltowymi albumami Master i lekko udziwnionym death metalem lat 90. z debiutu i On the Seventh Day God Created… Master, ale ma już kilka punktów wspólnych z Collection of Souls (1993). Zresztą co nie jest inne w dzisiejszych czasach? Nawet staroszkolny death brzmi inaczej, pomimo składania ze sobą podobnych riffów, więc nie siliłbym się tu na porównania względem klasyków i skupił na tym, czy podoba mi się to, co słyszę.
Przyznaję, że mi się podoba. Utrzymany w szybszych, punkujących tempach metal Speckmanna jest solidny, równy i energiczny. Jest to nieskomplikowany cios, który – ubrany w z pozoru niechlujny wokal – świetnie sprawdzać się będzie na koncertach, w samochodzie czy jako pierwszy album o poranku, który ma kopnąć jak zastrzyk kofeiny. O ile sama muzyka absolutnie nie jest przesadnie urozmaicona, o tyle jest na tyle dobrze zrobiona, że się nie nudzi, ale muszę uprzedzić, że trzeba lubić taki styl i nie szukać jakichś rewelacji ani zaskoczeń. Tu się gra po prostu metal, który lubi jego kompozytor, a reszta świata albo to polubi, albo nie – proste. Bez podlizywania się fanom czy prób strzału w koniunktury.
Ocena:7/10
- Guerra Total – „Of Death’s Apotheosis… Cthulhu’s Call and the Terror of the Cosmic Unknown” (2025) - 19 kwietnia 2026
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
Tagi: 2024, death metal, death/thrash metal, Master, recenzja, review, Saints Dispelled.







