Łączenie dwóch muzycznych światów to zwykle zadanie karkołomne, wymagające wizji i biegłości. Merkfolk na najnowszym albumie Anabiosis kontynuuje krucjatę miksowania ze sobą metalu i folku – zespół ma na to wypracowany patent i świadomie z niego korzysta. Mocne, momentami brudne gitary i growlująco-krzykliwy wokal żeniony tu jest z dźwiękami akordeonu i skrzypiec oraz partiami czystego śpiewu, czasem o ewidentnie ludowej proweniencji. Poszczególne kawałki różnią się tempami i dynamiką, ale pewne składniki receptury pozostaję te same, co pozwoliło stworzyć album bardzo spójny. Merkfolk już w otwierającym płytę Początku wykłada na stół karciany sekwens, a potem dokłada kolejne, jak mniemam ku uciesze miłośników stylu.
Jako fan metalu i entuzjasta folku, bywam sceptyczne nastawiony do prób łączenia obu światów, które rzadko niosą ze sobą coś naprawdę ekscytującego. Merkfolk jest jednak przekonujący w swej propozycji na tyle, że potrafi zaciekawić i mnie, malkontenta. Na pewno nie brakuje na Anabiosis dobrej roboty instrumentalnej, wokalnego wyczucia Agaty Tutkaj i Alicji Ławeckiej – od delikatnych, ludowych partii po krzyk i wiodący tutaj czytelny, nieekstremalny growl – a przede wszystkim dziarskich riffów. Na pewno album niesie sporą dawkę energii, przodują bowiem na Anabiosis – trochę wbrew tytułowi – tematy pełne werwy, zadziorne, które rozruszają z pewnością publiczność na letnich festiwalach.
Być może brakuje tylko zaskoczeń – po dwóch, trzech numerach reguły gry zostają określone i Merkfolk trzyma się ich dość ściśle, bez próby rozbicia czy poszerzenia konwencji. A zatem sekcja rytmiczna, gitary i szorstki wokal niosą moc, różnie dawkowaną, a skrzypce i akordeon dodają skoczności lub ludowej melancholii. Zmieniają się jedynie odrobinę pewne proporcje. Zyskuje na tym spójność wyrazu, traci na tym dramaturgia. Zwłaszcza partie akordeonu – pomysł na wykorzystanie tego właśnie instrumentu sam w sobie oryginalny – wydają się tu bardzo przewidywalne i podobne do siebie. To nie zarzut do instrumentalnych biegłości Kacpra Pawłowicza, bo tych mu nie brakuje, ale do ogólnych kompozytorsko-aranżacyjnych założeń. Te wydają się bezpieczne, bo pomysł na poszczególne numery jest podobny. Może warto byłoby przełamać pewien schemat gwałtownie, choćby raz czy dwa, nie tylko we fragmentach? Znajdą się i tacy, którzy będą jednak zadowoleni z pewnej konsekwencji wyrazu zespołu i uznają to za największy walor.
O ile użyte środki muzycznie są dość oczywiste dla tego typu grania, to tekstowo zespół niekoniecznie porusza się w typowych folkmetalowych tematach. Brak tu właściwie rusałek, skwierczących na żarze podpłomyków i wojów Peruna – no, przynajmniej nie dosłownie przywoływanych i nie w tej dawce, do której koryfeusze stylu nas przyzwyczaili. Jest za to sporo refleksji nad współczesnością, czasem dosłownie znajdywanych za oknem (Betonowe miasta / betonowe drogi. / Każda taka sama – / jestem nikim wśród nich). A jeśli termin Anabiosis oznacza stan pewnego letargu w oczekiwaniu na przebudzenie, to Merfolk może skutecznie pobudzić do życia i tańców. Wszystkim miłośnikom folkmetalowych harców można śmiało polecić tę płytę.
Ocena: 7/10
Oficjalna strona na Facebooku
- Merkfolk – „Anabiosis” (2026) - 8 lipca 2026
- Faded Remembrance – „The Blessing Of Downfall” (2026) - 25 czerwca 2026
- Ageless Gateway – „Corruptor of Stars” (2026) - 28 maja 2026






