Misanthrope – „Death Ascent” (2025)

Po tę EP sięgnąłem z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że znam ten zespół praktycznie od samego początku, czyli od wydania w 1989 roku demo Inductive Theories. W tamtych latach to było coś, bo grali kochany przeze mnie wówczas death metal i to z domieszką pewnej awangardy, na którą wtedy nikt nawet nie raczył się decydować. Po drugie dlatego, że kierowała mną czysta ciekawość, jak bardzo uparcie zespół dąży do niewidocznego w ich przypadku celu. Przez ponad 35 lat styl ich muzyki nie uległ większym zmianom, a najbardziej awangardowy i zarazem deathmetalowy okres mają już dawno za sobą, bo był to bodajże rok 1995, kiedy nagrali szczyt swoich możliwości w postaci 1666… Théâtre Bizarre. Później bywało lepiej lub gorzej, ale tak naprawdę nie osiągnęli upragnionego sukcesu, no chyba że mowa o ich rodzimej Francji, gdzie Misanthrope ma grupkę wiernych fanów. Ta muzyka tak bardzo mi się kojarzy z Francją, że jedynie inny przedstawiciel francuskiej sceny avant-garde metal przychodzi mi na myśl, a mianowicie S.U.P.

Misanthrope jak widać i słychać nadal aktywne jest na scenie, czego przykładem może być wydany w zeszłym roku live album Live – Immortal Wars in Eden oraz recenzowana tu EP z 2025, Death Ascent. Ze starego składu pozostał jedynie wokalista S.A.S. de l’Argilière i gitarzysta Jean- Jacques Moréac, którzy ciągną ten wózek wspólnie z nowymi muzykami. Dziwię się upartości Misanthrope i ich konsekwencji w tworzeniu muzyki nijakiej, która mimo szacunku do lat na scenie, prowadzi tak naprawdę donikąd. Mam wrażenie, że ich przeświadczenie o “genialności” i tworzenie coraz bardziej “nowatorskiego” metalu jest jak ego lidera – po prostu przerośnięte. Nie o tym jednak jest ta recenzja, a o muzyce.

Na pierwszy rzut oka zdziwiło mnie, że osiem utworów, które łącznie trwają 42 minuty, to wydana przez wieloletniego wydawcę Misanthrope, Holy Records, jedynie EP. Po chwili dotarło do mnie jednak, że oprócz ponownie nagranych Hater of Mankind, 1666… Théâtre Bizzare oraz coverów Death: Lack of Comprehension, i Atheist: Piece of Time, to tylko cztery premierowe utwory.

Niestety oba covery, choć odegrane bez zarzutu, brzmią jak schematyczne odtworzenie zadanych przez pana od muzyki pracy domowej. Nie ma w nich za grosz duszy. Są po prostu odegrane, odbębnione, odhaczone jako przymus do zrealizowania. Nie czuć tu feelingu charakterystycznego dla oryginałów i wydaje mi się, że to zadanie przerosło Misanthrope.

Również ponownie nagrane po latach wersje starych utworów brzmią jak oryginalne z lat 90, nieco tylko unowocześnione i przeniesione do czasów teraźniejszych. Nowe utwory też brzmią niestety sztucznie. Odegrane sztampowo i brak w nich życia, które Misanthrope bardzo by się przydało. Nie zmienia to jednak faktu, że należy im się szacunek za wytrwałość i pragnienie dążenia do własnej nirvany.

Bardzo mi przykro pisać takie słowa, ale całe te 42 minuty to monotonia i staranie się na siłę o coś nowego. Gdyby to był nowy zespół, to pewnie napisałbym, że są jeszcze na etapie poszukiwań, ale w tym przypadku to niemożliwe. Te dwa punkty to tylko za wytrwałość i za ich wydawcę Holy Records, która wychowała takie perły jak Septicflesh, Orphaned Land, Godsend czy nieodżałowaną Tristitia.

Ocena 2/10

Misanthrope  na Facebook

Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .