Moloch Letalis „Zgliszcza” (2015)

Chujowe jest zbałamucenie dziewuchy kumpla lub skrytykowanie jego kapeli, zwłaszcza jak wydadzą płytę. Tak przynajmniej ja to widzę. Na szczęście nie muszę bawić się w to drugie, a pierwsze w ogóle nie ma racji bytu. Kto oglądał Psy z Bogusiem Lindą, to wie, jakie mam zdanie nt. nieformalnych kontaktów z dziewuchą kolegi.

Ale o czym to ja? Ano o Moloch Letalis. Pamiętam te konkretne imprezy, gdy jeszcze jako Moloch tam sobie pogrywali w Gaju. Gwoli ścisłości to taka miejscowość, nie zaś sad. Potem skład kapeli się zmieniał, a sama muza kapeli mocno radykalizowała. W międzyczasie, z racji dubla kapeli o tym mianie, dodali drugi człon do nazwy.

Ale dopiero koncert we wrzesińskim klubie AQQ ostatecznie mi uświadomił, że mam do czynienia już nie kapelą kumpli, ale z kapelą, gdzie grają kumple. Niby mała różnica. Ale zasadnicza. W pierwszym przykładzie słucha się danej płyty wśród znajomych, cmoka zachwytu i wyłącza chwilę po ich wyjściu. Z kolei druga opcja, to się siedzi w niedziele z browarem w ręku i próbuje oddać klimat płyty.

Moloch Letalis, to cholernie zaprawione w bojach komando, co to nie musi się wstydzić żadnego dźwięku. Debiutancki album, teraz druga płyta, do tego parę splitów, nawet EP-ka, no i na koncie szereg koncertów. Zatem o początkującej kapeli tu nie mówimy.

Fajnie brzmi ten album. Zgliszcza są wyraziste, acz nie siermiężnie. Ma się wrażenie obcowania z muzą kapeli na próbie, ale takiej tuż przed wejściem do studia. Wszystko dopracowane. Żadnego lukru tu nie uświadczycie. Bez obaw. Ich wydało Old Temple. A to uznany label.

Kiedyś się śmiałem, że te wszystkie blackmetalowe inspiracje to taki Kreator i Sodom w wersji zbrutalizowanej. Jeżeli są Wam nieobce dźwięki Agent Orange, debiutu Kreatora czy pierwszych albumów Bathory, to macie tu pewną inspiracje. Do tego pewnie wiele innych. Ale po co Wam te inspiracje, które pewnie tylko mi w pewnym momencie się skojarzyły?

Moloch Letalis Zgliszcza to konkretny album, gdzie nie ma czasu na pierdoły w stylu intra itp. Podobają się Wam środkowe Darkthrone, gdzie wyraźne są inspiracje starym metalem? No to płyta dla Was. Bez taniochy, bez efekciarstwa. Smród przepoconej gawiedzi pod scena, zapach skórzanych kurtek i pieszczochy na łapie. To właśnie ten klimat. Nie jest metal dla cielaków z grzywkami, czy wyglądających jakby chcieli trenować windsurfing. To jest kuźwa prawdziwe grzanie, bez taniochy, trendów. Nie kumacie tego? Uważacie, że metal to prymitywna napieprzanka z satanistycznymi tekstami dla prymitywów? No i kurwa dobrze. Przeszkadza Wam to? Spierdalajcie, Moloch Letalis to nie Wasza bajka. Tu się macha łbem, nie bucikiem. Tu się pije piwo, czy wódkę a nie kurwa absynt.

Mało muzycznie?

Pod spodem macie link, który Was dostatecznie nakieruje na możliwe kierunki interpretacji: za lub przeciw. Osobiście nie oczekuję za wiele drugich głosów.

Moloch Letalis to nie jest muza, gdzie można powiedzieć lubię, ale… Jakie kurna ale!? Nie lubić darcia ryja, napieprzania bez opamiętania, gdy do tego całość jest opatrzona klimatycznymi zaśpiewami? Fajne sola, bez wirtuozerii, ot dla dodania smaczku.

Wkrótce Moloch Letalis mają trasę grać. Zatem ponownie się we Wrześni zjawiam, mam nadzieję, że z Maciejem i całą resztą wypiję tych parę piw gratulując im kolejnej udanej płyty. Zatem do zobaczenia na koncertach.

Ocena: 8/10

Tomasz

Tagi: , , , , , , , , , .