Pierwszy longplay Pig’s Blood wpadł na rejon niczym kreskówkowy Diabeł Tasmański, zakręcił się i powybijał ludziom zęby. A potem zostawił ofiary z krwawiącymi dziąsłami i bez spodni. Nauka płynąca z sińców i blizn na szczęście się nie zmarnowała, toteż gdy ostatnimi czasy Godz Ov War Productions zapowiedziało drugi album amerykańskich szajbusów, mieliśmy czas się przygotować. Wznieść forty albo znaleźć kryjówki, podnieść wytrzymałość, zaopatrzyć się w przeciwbólowe. Tylko, że to nic nie da.
A Flock Slaughtered jeńców nie bierze. Przez pół godziny non stop rozpętuje mały pogrom, dobitnie udowadniając słuchaczom kto tu jest tytułową trzódką i co się zaraz z nią stanie. To death metal w najdzikszej, najbardziej nieskrępowanej konwenansami formie. Przemoc, która wyładowuje się na wszystkim wokół i wcale jej nie obchodzi, że łeb po którym skacze, już dawno rozszerzył powierzchnię na okoliczne kafelki. Pig’s Blood nie bawi się w teorie muzyczne, nie interesują ich misternie tkany nastrój i eksperymenty. Zamiast tego złośliwie, a naprzemiennie bombardują oldschoolowymi riffami, beatblastem i wariackimi solówkami. Uspokojenie jest tylko jedno, chociaż Bloodshed Hell jest w zasadzie jedynie interludium do kolejnych epizodów rodem z kroniki wydziału zabójstw.
Kręci mnie to niesamowicie, bo z jednej strony mamy cholernie intensywne i nieustające tornado nienawiści, a z drugiej pomimo dość porządnego jak na ten poziom destrukcji czasu trwania (przecież przez pół godziny takiego holokaustu flaki mogą się stopić i wypłynąć!), nie czuć jego upływu. Po pierwszym odsłuchu dałbym sobie rękę uciąć, że A Flock Slaughtered trwa kwadrans, maksymalnie dwadzieścia minut. Weźmy pod uwagę moje zamiłowanie do króciutkich przecież numerów spod szyldu grindcore’u, i będziemy dobry dowód na to, jak bardzo ta płyta wciąga. Mimo prostoty, wręcz prostactwa owej antymuzyki, jej dzikość i bezkompromisowość tworzy oszałamiający mariaż agresji, od którego nie sposób się oderwać.
Tym bardziej, że brzmi to wręcz fenomenalnie. Albo okropnie, jak kto woli. Grunt, że dźwięki perkusji wytrząsają mózg, potem ostrość gitar tnie go na plasterki, by na koniec stopić go w papkę wokalem brzmiącym jak rzygający demon. Przy czym to nie jest brzmienie rodem z piwnicy, a porządnie wypracowany młot.
Jad, zło i rzeźnia, inaczej nie można podsumować nowego Pig’s Blood. Jest pozycją obowiązkową dla każdego sympatyka najbardziej ekstremalnego wydania muzyki w ogóle, death metalu, czy też war metalu. Domyślam się, że trąby jerychońskie mogły brzmieć bardzo podobnie.
Ocena: 9,5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2019, A Flock Slaughtered, death metal, Godz Ov War Productions, kapitan bajeczny, Pigs Blood, recenzja, War Metal.






