Sanctus Hexe – „Unholy Cult” (2020)

  •  
  •  
  •  
  •  

Na pytanie, czy jestem fanem black metalu, nie mógłbym odpowiedzieć jednoznacznie. Lubię black metal, jest wiele albumów i załóg, które bardzo szanuję i będę zawsze wspierał, aczkolwiek nie jestem w tę scenę na tyle zapatrzony, by sprawdzać każdą możliwą nowość i się nią podniecać. Obecnie na polskiej scenie BM jest zdecydowanie bardziej „brany” niż inne gatunki, przyznaję, iż to zjawisko jest mi dosyć obojętne i jak do tej pory bardzo mało pozycji dało radę przykuć moją uwagę na dłużej. Gdy byłem już pewny, że scena nie zaoferuje niczego poza kolejnymi kopiami Morowe i Mgły udało mi się wyłowić wyróżniający się z tłumu tajemniczy projekt o nazwie Sanctus Hexe, który w październiku tego roku wydał swój drugi album zatytułowany Unholy Cult, pod logiem Black Team Media Records. Album ten poprzedzony był debiutem zatytułowanym The Abyss of Ancient Forest i jedyne, co wiadomo oficjalnie o projekcie, to że pochodzi z Warmii i zamieszani w niego są muzycy sceny death metal.

Często zapomina się, że w muzyce najważniejsza jest sama muzyka. Z tego założenia wyszli także członkowie Sanctus Hexe, kładąc nacisk na promocję granych dźwięków, a nie promując swoje nazwiska. Doceniam taki ruch, choć brak oficjalnego bio utrudnia mi pracę pismaka. Plusem tego jest za to brak odgórnego przyklejania etykietek i oceniania płyty przed jej przesłuchaniem, co mam nadzieję bardziej Sanctus pomoże niż zaszkodzi. Polska jest krajem, gdzie wszystko musi być czarne albo białe, i jakiekolwiek odcienie szarości nie mają prawa bytu, przez co zespoły nie dające się jednoznacznie określić są spychane na drugą linię. W przypadku Unholy Cult słuchacze muszą się skupić tylko na muzyce i tak być powinno.

No to w końcu należy rozjaśnić z czym się drugi album SH spożywa. Osobiście słyszę tu wielką nostalgię muzyków do black metalu lat 90., jego ekspansji i złotych lat, w których powstały takie dzieła jak Anthems To the Welkin At Dusk (Emperor), Enter the Moonlight Gate (Lord Belial) czy The Dawn of the Dying Sun (Hades). Gdyby płytę ubrać w nieco bardziej archaiczny sound, mam wrażenie, że mógłbym dać się oszukać, że powstał dobre dwadzieścia lat temu i uważam to za spory atut tego materiału. Pięćdziesiąt minut trwania albumu zawiera dziesięć kompozycji (i intro) przepełnionych potężną dawką szybkiego i atmosferycznego black metalu. Zespół nawet gdy przyśpiesza, nie zapomina o tak zwanym drugim dnie, budując przez cały czas podniosły klimat, który dodatkowo podbijają wszędobylskie klawisze. Co istotne, partie parapetów nie są przesłodzone jak w wielu sympho/melodic/black projektach i faktycznie są zastosowane jako pogłębiacze atmosfery. Dzięki tym zabiegom kompozycje nie są oczywiste, posiadają drugie dno i wielokrotnie są w stanie wywołać przysłowiowe ciary.

Lawirowanie między agresją i rzeczami bardziej uduchowionymi w przypadku Sanctus sprawdza się wzorowo, a opętany scream wokalisty stawia kropkę nad i, przypominając sposobem artykulacji krzyki Ihsahna w Emperorze (i może trochę Oriona w Vesanii na Firefrost Arcanum). Ja, jako nazwijmy to black metalowy malkontent i osoba dosyć wybredna w tym wymiarze, odnajduję Unholy Cult jako pozycję bardzo wartościową, odbiegającą od trendów w nurcie i bardziej otwartą na wyjście poza granice naszego kraju niż obecnie mnożące się zespoły polskojęzyczne. Gdybym miał wskazać jakąś konkretną pozycję, która szczególnie mi się podoba, to postawiłbym na The Horizon Sleeps – zawiera w sobie wszystkie najlepsze elementy płyty i śrubuje je do granic możliwości. Polecam.

Ocena: 9,5/10

Sanctus Hexe na Facebook’u.

Tagi: , , , , , , , , .