Sweven – “The Eternal Resonance” (2020)

Rok 2020 obfituje w wiele różnych emocji, niekoniecznie pozytywnych, i niekoniecznie zgodnych z oczekiwaniami w wielu aspektach życiowych, w tym kulturalnych. Podczas pandemicznego szaleństwa pierwszej tury nieustannie trwały próby trzymania nerwów na wodzy również w sferze muzyki, szczególnie tej poza wielkimi wytwórniami, głębiej, pod powierzchnią. Świat zwolnił, ale musiał się przecież kręcić. Nikt nie tracił nadziei na nowe propozycje płytowe, nowe otwarcia, nowe ery, nowe… Plany były realizowane, ale działo się różnie, średnio, bez spektakularnych zwrotów akcji. I wtedy, w samym środku lockdownu, na koniec marca wyszedł album bliżej nieokreślonego składu Sweven. I tak się ułożyło, że z miejsca oceniłam The Eternal Resonance różnymi epitetami i gatunkowymi łatkami, zanim sięgnęłam do kontekstu powstania płyty. A ten jest istotny, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę twórców Sweven. Mowa o muzykach szwedzkiego death metalowego Morbus Chron, który rozpadł się 5 lat temu po wydaniu drugiego albumu o nazwie… Sweven. 

Po tym kolorowym wstępie najłatwiej byłoby powiedzieć, że twór Sweven na czele z Robertem Anderssonem kontynuuje ścieżki obrane na Sweven. I tak rozpatruję tę ewolucję. W końcu sam Morbus Chron zdradzał przesłanki, że potrafi wydeptać ścieżki w bardziej złożone rejony. Nie mnie jednak oceniać i rozbijać ich styl na części pierwsze, szczególnie w tej kategorii, o wiele sprawniejsi w temacie koledzy dawno potwierdzili tę tezę. Dla mnie najciekawszym aspektem Sweven okazały się mniej dominujące death metalowe elementy w The Eternal Resonance, a patenty prowadzące w progresję. Jasne, są charakterystyczne wyziewy Anderssona, parę uwydatnionych punktów kulminacyjnych (Reduced to an Ember) z ciężkim podkręconym środkiem (Visceral Blight), jednak ostatecznie nie ma sensu przeliczać ile metalu jest w metalu. Nie na tym ten album polega. Tu mamy do czynienia z progowymi wariacjami i melodiami. I to w jakiej jakości! Utwory są tak poklejone jakby kilka światów przenikało się nawzajem. Z mocnej, na pozór średnio rozbudowanej zwrotki stopniowo motyw przewodni rozrasta się albo leci na inną orbitę i prowadzi w osobną sferę, by na koniec wejść w kolejną historię, ale jedną nogą zostać w podstawie. Nadążacie? Mnogość pomysłów może początkowo dziwić, zbijać z tropu. I to jest w zasadzie klucz, to jest to. Jest nieszablonowo, jest nieprzewidywalnie i właściwie świeżo (choć broniłam się przed tym określeniem) jak na miejsca, po których Sweven krążą. Udało się Szwedom to, o czym może pomarzyć wiele kapel duszących się pod śmierć-metalowym grzybem, ale niepotrafiących wyjść poza pewne konwenanse, bo odwaga to jedno, a umiejętności w konstruowaniu spójnych utworów – drugie.

Żeby nie było tyle lukru, nie wszystko można od razu nazwać fenomenem. Albumy trwające ponad godzinę nigdy nie są łatwym orzechem do zgryzienia, a tu dodatkowo większość długich i krętych kompozycji wymaga nie lada skupienia. Wejście do świata Sweven stoi otworem, ale prowadzi przez wiele korytarzy i na koniec nie zawsze wiadomo, czy to już epilog, czy jeszcze trochę.

Jakie to wszystko dziwne! Niepokój miesza się z oniryzmem, dramaturgia podkreślana świetnymi wokalami wyhamowuje na rzecz progresywnych pasaży, melancholia, przemycana subtelnie, rozpościera się po granice kompozycji, plus godne uwagi ozdobniki, a właściwie ich śladowe ilości – poza fortepianem, który powiedzmy snuje się po liniach gitary (The Sole Importnace), czy kosmicznym syntezatorem (intro Visceral Blight), nie ma orkiestracji, które podrasowałyby krawędzie utworów. Znowu, nie na tym polega złożoność albumu. Nie zwracałabym też zbytnio uwagi na porównania do Tribulation czy Opeth. Nie. Na pewno natomiast trzeba tu otwartego umysłu, czasu i uwagi. A potem można znikać i zachwycać się na nowo wraz z każdym odsłuchem. Been there, done that. Polecam!

Ocena: 9,5/10

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , .