Czerwiec 2020 roku. Mija właśnie osiem lat od premiery Days Go By, dziewiątej (wydawać się również mogło, że ostatniej) płyty The Offspring, dookoła szaleje pandemia. Ciężki był to czas, lecz nawet tamte wydarzenia nie były w stanie przygotować mnie na kolejny kataklizm, jakim był wielki powrót Amerykanów do nagrywania nowej muzyki. Cztery lata później dostajemy już drugą nowość ze stajni Kalifornijczyków, a zarazem kolejny dowód na to, że ich historia powinna zakończyć się w 2012 roku – przy czym i tak byłoby to zakończenie spóźnione.
Wydana w 2021 roku płyta Let the Bad Times Roll zawiesiła swojej następczyni poprzeczkę rekordowo nisko, stąd też fakt, że Supercharged jest albumem przynajmniej o klasę lepszym, kompletnie nie dziwi. Wciąż jest to jednak w porywach średnia półka, a jedenasty krążek The Offspring, zamiast stanowić wartościowy dodatek do ich całkiem pokaźnej dyskografii, przypomina bardziej pośmiertne drgawki kapeli, która „na fali” po raz ostatni była jakieś 25-30 lat temu.
Kręcący się w okolicach sześćdziesiątki panowie nawet się nie starają i wciąż jadą na autopilocie, momentami nawet za bardzo: taki Light it Up, mimo że autentycznie jest dobry, brzmi jak zmodyfikowana wersja Staring at the Sun, refren The Fall Guy budzi zdecydowanie zbyt mocne skojarzenia z The Kids Aren’t Alright, You Can’t Get There From Here przypomina (Can’t Get My) Head Around You, a Get Some to z kolei średnio udana zrzynka z Bad Habit. Widać jak na dłoni, że przez trzydzieści lat zespół ani trochę nie dojrzał ani się nie rozwinął – choć żeby nie ograniczać się do narzekań powiem, że ten Light it Up czy starający się mocno nawiązać do punkowych korzeni grupy Truth in Fiction to zdecydowanie najjaśniej świecące momenty na Supercharged. Co jeszcze przygotowali Amerykanie? Ano wzorem poprzedniczki – kilka mocno bezjajecznych, pozbawionych iskry numerów (Make it All Right, Ok, But This Is the Last Time, Hanging by a Thread) oraz „klasyczną” dla ostatnich wydawnictw grupy pozycję wzbudzającą odruch wymiotny, przy której miałem ochotę schować głowę w piasek z obawy przed tym, że sąsiedzi powiążą te dźwięki z moim mieszkaniem. Mowa o obrzydliwym Come to Brazil, w którym zespół połączył thrash metalowy (!) riff z memicznym tekstem lukrującym Brazylię oraz absolutnie absurdalnymi śpiewami „ole oleoleole” w końcówce.
No i tak się sprawy mają – Supercharged jako tako działa jedynie w momentach, w których The Offspring balansują na granicy autoplagiatu, jednak nawet wtedy przepaść dzieląca obecną i dawną formę zespołu jest bardziej niż wyraźna. Może i całość wypada lepiej niż poprzednia płyta, wciąż jest to jednak wydawnictwo kompletnie zbędne, stanowiące kolejny dowód na to, że Kalifornijczycy po prostu powinni już dać sobie spokój.
Ocena: 4/10
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
- Pothamus – „Abur” (2025) - 31 marca 2026
Tagi: 2024, Concord Records, pop punk, recenzja, review, Supercharged, The Offspring, Universal Music Polska.







