Nie ufam tak zwanym „supergrupom”. Nie rozumiem też fascynacji takimi projektami, oraz oczekiwaniami na kolejne ich wytwory. Świat zresztą już kilkukrotnie potwierdził mój sceptycyzm. Tak więc, gdy tylko słyszę, że powstał nowy band złożony z samych sław, bądź ludzkość ma doświadczyć nowych edycji Metal All-Stars, wzruszam ramionami i wracam do zespołów, których członkowie może nie są chodzącymi markami, ale za to potrafią grać razem. Oczywiście każda zasada ma swoje wyjątki. Venomous Concept jest właśnie takim wyjątkiem.
Gdyby nie wrodzona, a przedstawiona powyżej niechęć, jarałbym się VC już od samego początku. W końcu grają tam (między innymi, ofkors) Dan Lilker i Shane Embury, będący legendami świata muzycznego, a grindcore’u to już szczególnie. Dodajmy do tego, że zespół już w samych założeniach jest projektem pobocznym i dowcipem (nawet nazwa jest żartem). Do tego patronat Seasons of Mist, a to wytwórnia nie w kij pierdział przecież. Wszystko więc nastraja pozytywnie, co nie? I chyba po raz pierwszy te nadzieje procentują.
Kick Me Silly – VCIII jest, co łatwo wywnioskować, trzecim albumem od Jadowitego Konceptu. Wydany już wiecie przez kogo, a oczekiwany przez sześć lat, zawiera dwadzieścia jeden utworów trwających razem prawie pięćdziesiąt minut. Normalnie narzekałbym, że to stanowczo za długo, ale tutaj tak nie jest. Nie jest tak dzięki zróżnicowaniu kompozycji i odpowiednim ich poukładaniu na płycie. Pojedyncze kawałki są po prostu rozpoznawalne, mimo prostej konstrukcji brak na płycie monotonii i recyclingu pomysłów. Ktoś mógłby pomyśleć teraz o fragmentach wolniejszych i spokojniejszych, więc od razu napiszę, że wszelkim formom osłabienia formy Venomousi powiedzieli stanowcze HWDP. Najlżejszym utworem jest chyba początkowe Rise, potem jest mocniej i mocniej. I lepiej przy okazji, a samo Rise jest naprawdę srogim strzałem.
No dobrze, ale nie napisałem jeszcze co to jest. A jest to przede wszystkim Hardcore Punk, z tendencjami do Grindcore’owania. Znajdziecie tu utwory bardziej w stylu The Exploited i Discharge (te prawilne, debiutowe), znajdziecie też ostro grindujące kompozycje w stylu Napalm Death. Choć takie Stormtroopers of Death też słychać. I w ogóle dużo rzeczy słychać, bo Exit-13 też się trafia. Zakładam, że bierze się to głównie z historii uczestników Conceptu, bądź co bądź, większość z nich ma naprawdę bogate portfolio i, prawdę mówiąc, może być uznawana za legendy.
Rozpisuję się i rozpisuję, ale jeszcze nie napisałem o najważniejszym: jak mi się Kick Me Silly podoba. No więc podoba mi się, diablo mi się podoba. I to nie tylko dlatego, że w pewien sposób przypomina o złotym czasie takiego grania. I nie ze względu na ilość nawiązań. Podoba mi się głównie z powodu równie oczywistego, jak prostego: to zajebiste piosenki są. To album pełen hiciorów, w którym każdy jeden strzał jest świetny, na którym nie sposób się nudzić i który bawi jak Joanna Kołaczkowska. Album prosty, chwytliwy i po prostu dobry. I tutaj zastrzeżenie: słowo piosenki zostało użyte nie bez kozery. Jeżeli spodziewasz się utworów, głębokich i ambitnych, to takich tu nie znajdziesz (choć, Bogiem a prawdą, ogromny procent ludzkości swoimi ambicjami nawet nie zbliża się do poziomu Venomous Concept, ale to już inna, zależna od artystów sprawa). Nie ta liga, nie ten zamysł, zamysłem było się bawić. I, cholera, wyszło naprawdę przednio. Płyta jest zagrana na luzie, wolna od zobowiązań i obciążeń. Co prawda, tematyka tekstów wciąż może być odbierana polityczno-społecznie, choć podane na sposób znany z Speak English or Die, jajem i dowcipem. I to chyba dlatego brzmi tak dobrze. Czy mówimy o bardziej grindcore’owych Human Waste lub Holiday in Switzerland, czy hardcore’owych Fucked in the Czech Repub!/Burning Fatigue/The Potters Ground, każdy utwór jest przekozakiem i każdy chce się przesłuchiwać ponownie i ponownie. Do tego na płycie praktycznie brak wad. Kick Me Silly właśnie taki powinien być. Wyluzowany i niepróbujący spełniać żadnych kryteriów. I gdzieś mam opinie, że ten brak wyższego zamysłu jest błędem, bo nie jest.
A jaki morał z tego długiego, może zbyt długiego wywodu? Ano taki, że warto. Świetna muza, świetne piosenki, świetna zabawa. Od słuchania tej płyty robi mi się przyjemnie, wesoło i beztrosko. Zaręczam, że nie tylko mi. Tylko nie spodziewajcie się Bóg wie, czego. Spodziewajcie się świetnego HC punk/grindu i niczego więcej. Macie zresztą w linku pełen album, który Seasons of Mist w swej grzeczności udostępniło. Warto tą godzinę poświęcić
Ocena: 9/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2016, Dan Lilker, grindcore, hardcore punk, kapitan bajeczny, Kick Me Silly VCIII, recenzja, Seasons of Mist, Shane Embury, Venomous Concept.







