Czy ktoś zna tą nazwę? Ktokolwiek kojarzy postać Vladimira Cocheta? Cóż, tak własnie myślałem. Dziś będziecie mieć styczność z najpierwszym projektem najlepszego mózgu Szwajcarii. Weeping Birth, po siedmiu latach oczekiwania, w końcu wydało nowy materiał! Czekałem na to jak moja babcia na nowy odcinek „M jak Miłość” i jarałem się jak świat aktualnie Star Warsami. Gdy tylko pojawiła się możliwość skonfrontowania się z The Crushed Harmony rzuciłem się całą swoją (wątłą) masą. I oto jest, upragniony, wyczekany. Choć zupełnie inny, niż się spodziewałem.
Ale zanim zacznę się rozwodzić, wypada przedstawić, z czym się mierzymy. Weeping Birth to projekt, który najtrafniej określić jako brutal technical black/death metal. Tworzony w całości przez Cocheta, nie wydał ani jednego słabego utworu. Serio, nawet pierwsza płyta, mocno surowa, była bardzo dobra. Kolejna, Anosognosic Industry of the I, mimo zgryzoty produkcyjnej była całkowitym armageddonem i do dzisiaj roznosi wszystko po kątach. Spodziewałem się więc, że gdy tylko umieszczę nowy materiał w czytniku, ten momentalnie eksploduje, z piekła wyłoni się Lucek i pogratuluje mi gustu, świat się skończy a wódka sama wypije.
Jakie więc było moje zaskoczenie podczas pierwszego odsłuchu! Gdzie podziały się te wściekłe, techniczne kanonady, gdzie podział się stały nakurw, gdzie solówki od których mokro w majtach nawet mumiom się robi? Gdzie się podział cały chaos charakteryzujący poprzednie wydawnictwa? Zniknął, nie ma. Niepocieszony przesłuchałem wszystko jeszcze raz. Ciągle brak chaosu, ale jakoś tak było lepiej. Kolejny odsłuch, potem jeszcze jeden. I w końcu oświecenie. Pojąłem geniusz tego krążka, choć bolało i wymagało odrzucenia pamięci po poprzednich. Otóż, Weeping Birth, jakkolwiek głupio w konfrontacji z A Painting of… i Anosognosic… by to brzmiało, na The Crushed Harmony wypuściło piosenki. Jak Meta na Czarnym. Kompozycje są krótsze, bardziej zgrane, mniej chaotyczne. Wręcz radiowe. Nie znaczy to, że są złe, wręcz przeciwnie. Choć mniej tu szaleństwa, to dużo więcej pomysłu. Riffy bardzo ładnie ze sobą grają, tworząc jeden, naturalny, blackmetalowy ciąg. Elementów deathmetalowych jest mniej niż na poprzednich CeDkach, niemniej ciągle dają się zauważyć. Wygibasów technicznych jest duuuużo mniej (choć taki Life in a Blood Spasm wciąż można nazwać tech-graniem), za to są o wiele mądrzej użyte. Perka też dorosła i nie napierdala 24/7 jak tylko może, pojawiają się klimatyczne zwolnienia. Ostatni The Crushed Harmony wręcz można nazwać balladą. Sample? Proszę bardzo, Hatefilled uraczy Was takimi samplami, że siądziecie! Pojawia się również kilka krzywych temp, jak na początku Sunburnt, który jest chyba jednym z najlepszych utworów. Choć z drugiej strony weź i stwierdź, który tu jest najlepszy, jeśli każdy jest prawdziwie świetny. Mimo, że tak bardzo inny, niż poprzednie twory. To, czym The Crushed Harmony jeszcze się różni od poprzednich krążków, jest produkcja. W końcu Weeping Birth brzmi tak, jak powinno. Każdy element siedzi i wybrzmiewa, jak powinien. Bas bardzo przyjemnie gniecie synapsy, perkusja jest słyszalna, ale nie zagłusza gitarowych wygibasów, wokal, gdy się pojawia jest ciut głośniejszy niż reszta. Dzięki czemu wyraźnie słychać, co takiego Vladimir głosi. A poza tym bardzo przyjemnie się jego wokali słucha.
Choć na początku nie było miło, to w końcu ta płyta mnie pochłonęła. Zaiste, jest pyszna, przemyślana, składa się z samych dobrych elementów. Wad nie ma, za to ma wszystko, czego mógłbym od niej chcieć. Niemniej… będę troszkę tęsknił do wcześniejszego chaosu. Która wersja Weeping Birth jest lepsza? Sami musicie zdecydować (najpierw prawdopodobnie w ogóle poznać ten projekt). Jak dla mnie obie są równie dobre.
Ocena: 9/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2015, Apathia Records, black metal, death metal, kapitan bajeczny, recenzja, technical, The Crushed Harmony, Vladimir Cochet, Weeping Birth.







