Wo Fat „Noche del Chupacabra” (2011)

Kiedy w okolicach 2010 roku popełniałem jakąś dziwną pseudonaukową pracę o stoner rocku (którą potem uznałem za największy debilizm mojego krótkiego życia) dwa opublikowane do tego czasu albumy Wo FatThe Gathering Dark i Psychodelonaut – znalazły się pośród dziesiątek płyt referencyjnych. Pewnie, w tamtym momencie Wo Fat, jeszcze będący triem, byli daleko od uznania, jakim cieszą się dzisiaj, od szacunku stonerowo-doomowo-psychodelicznej braci, od występów na HellFestach, Roadburnach i innych takich. Ale nie byli wcale daleko od riffowej maestrii, z jaką dziś ich kojarzymy. Te wspomniane dwie pierwsze płyty pokazywały, że ekipa z Dallas nie tylko wie, jak grać swoje, ale przede wszystkim to czuje. Wo Fat od samego początku mieli klarowny pomysł na to, czym chcą być. Jedyne co im zostało, to drążyć obrany przez siebie kierunek.

Psychodelenaut okazała się być płytą dla zespołu przełomową. Została wydana przez niemiecką Nasoni Records, podobnie jak następująca po niej bohaterka tej recenzji, Noche del Chupacabra, która pokazała, że rosnąca z wolna popularność Wo Fat nie jest przypadkiem. Po Nasoni przyszedł czas na Small Stone Records, w którym trio (obecnie już duet) zakotwiczyło do dziś, a które dla stonerowych zespołów jest niemalże ziemią obiecaną.

Nie mam żadnych danych, którymi mógłbym to potwierdzić, ale mam wrażenie, że spośród dwóch krążków Wo Fat wypuszczonych w świat przez Nasoni to Psychodelenaut sprzedał się lepiej. Powodów jest pewnie sporo, ale nie jestem pewien, czy to sprawiedliwe. W moim odczuciu oba krążki są równie dobre i w gruncie rzeczy do siebie podobne.

Choć bezsprzecznie ważną dla historii zespołu płytą był Psychodelonaut, to właśnie Noche de Chupacabra po raz pierwszy pokazała nam Wo Fat takimi, jakimi znamy ich do dziś. To zaledwie pięć utworów, ale razem stanowiących 46 minut muzyki. Obie wcześniejsze płyty były wręcz przeładowane – każda z nich trwała grubo ponad godzinę. Od Noche… trio konsekwentnie trzyma się czasu albumowego, który jest bardziej strawny i nie sprawia, że w głowie słuchacza po ponad 70 minutach wszystko się miesza. Ale pomijając taki sprytny komercyjny zabieg, artystycznie Noche… jest po prostu świetna. To pełen przekrój tego, czym stoner metal jest. Jest tu i dość pogodny utwór w postaci Bayou Juju, w którym wprawne ucho odkryje ukłon w stronę tuzów z południa w postaci choćby The Allman Brothers Band czy Creedence Clearwater Revival. Jest ciężki, niemal klasyczny dla gatunku Descent Into the Maelstorm, potem z kolei energetyczniejszy Common Ground, którego nie powstydziliby się Corrosion Of Conformity w czasach Deliverance, Phantasmagoria pokazuje to bardziej psychodeliczne oblicze zespołu, a kończący płytę 15-minutowy tytułowy kolos to jedna wielka piguła tego wszystkiego. A najlepsze jest to, że każdy z tych utworów to najprawdziwsza rifforama, bo przecież riff to podstawowy budulec dla Wo Fat.

Noche del Chupacabra to chyba pierwsza w dyskografii Wo Fat płyta, która pokazuje jak dobrze zespół nauczył się posługiwać także inną konstytutywną cechą stonera. Kiedy z tym albumem zmierzy się ktoś, kto nigdy w życiu nie miał styczności z tym gatunkiem, stwierdzi zapewne, że jest cholernie nudny, bo riffy powtarzają się w nieskończoność. I o tę właśnie mantrowość rytmu i riffu tu chodzi. To muzyka, która – niczym rytualne śpiewy i tańce – ma wprowadzić słuchacza w trans, wysłać go w okolice Drogi Mlecznej albo w kierunku wręcz przeciwnym, czyli wewnątrz jego samego.

Niektóre plemiona Indian Ameryki Północnej praktykowały specyficzny rytuał inicjacyjny dla chłopców, którzy stawali się mężczyznami. Podczas uroczystości jej bohater spożywał po raz pierwszy w życiu napar z halucynogennych roślin lub wdychał halucynogenny dym, a potem udawał się na pustkowie, by szukać kontaktu z bóstwami. Dzisiaj możemy robić to samo słuchając Wo Fat. Ciekawe ile bóstw uda nam się odkryć w nas samych.

10/10

nmtr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , .