Carnation – Chapel of Abhorrence (2018)

Dosyć długo zabierałem się do napisania tej recenzji, lecz nie działo się to bez powodu.  Niestety nie zapoznałem się z pierwszą próbką umiejętności Belgów z Carnation (czyli wydaną w 2015 roku EPką Cemetery of the Insane – w tej chwili rozpatruję to niedopatrzenie w kategoriach wielkiego błędu) i nie spodziewałem się, że po kilku sesjach z ich debiutanckim albumem studyjnym będę zmuszony czekać aż moje biedne kości samoistnie się zreperują.

O tym, że przy odsłuchu Chapel of Abhorrence czeka mnie jazda bez trzymanki wiedziałem już po przejrzeniu tytułów jedenastu utworów, składających się na treść pierwszego w karierze zespołu długograja. Nie musiałem długo czekać, aby moją tezę za sprawą dźwięków wydobywających się ze zlokalizowanymi za moją głową głośników potwierdzili Panowie wchodzący w skład Carnation – szaleństwo ropoczęło się po około dziewięćdziesięciu sekundach od wcisnięcia przeze mnie przycisku PLAY. Trwało już do końca.

Nie była to w żadnym wypadku kakofonia dźwięków zbudowana bez większego ładu i składu, nie był to też zlepek kilku lub kilkunastu pomysłów połączonych ze sobą bez jakiejś myśli przewodniej, jakim mogą się pochwalić niektóre deathmetalowe kapele. Na Chapel of Abhorrence zwykłego spuszczania wpierdolu gitarom oraz zestawowi perkusyjnemu nie usłyszymy – największą siłą debiutu załogi z Belgii jest fakt, że utwory są – jak na parający się death metalem zespół – bardzo zróżnicowane, na każdy z nich Panowie z Carnation mieli jakiś pomysł. Nie uświadczymy tu zapychaczy.

Belgijski kwintet potrafi zagrać wolno (doskonały otwieracz w postaci najdłuższego na płycie The Whisperer, w którym szybsze fragmenty są przeplatane ze świetnymi zwolnieniami), ale potrafi również przyspieszyć (jak chociażby w furiackich Hellfire, Hatred Unleashed czy Plaguebreeder), przez co debiutancki album Belgów nie jest w stanie znużyć słuchacza. W międzyczasie usłyszymy kilka świetnych, będących prawdziwą ozdobą albumu solówek (ukłony w stronę Jonathana Verstrepena oraz Berta Vervoorta – wioślarzy Carnation). Na uznanie zasługuje również fenomenalna praca Vincenta Verstrepena za perkusją oraz iście demoniczny wokal Simona Dusona. Chapel of Abhorrence miażdży również w kwestii samego brzmienia – dźwięk jest niezwykle dopracowany, doskonale słychać wszystkie zagrywki instrumentalistów, a wokal ani nie jest przez nie przykryty, ani ich nie zagłusza (jak to niestety czasami się zdarza). Całości dopełnia ciekawa, tajemnicza okładka, która już niebawem powinna dumnie i bez wstydu zdobić t-shirty metalowej braci.

Co jednak najważniejsze, 11 utworów składające się na Chapel of Abhorrence zwyczajnie sprawia, że głowa sama chodzi, a nóżka sama tupie (i to mocno). Chociaż grana przez Carnation muzyka to nie delektowanie się sztuką przy cygarze, to przyznaję bez bicia, że bardzo dawno nie bawiłem się tak dobrze po prostu, słuchając deathmetalowego albumu (tutaj należy dodać, że jest to krążek dosyć długi jak na ten gatunek – niecałe 48 minut to nie byle co, a headbang trudno było przerwać). Z rozmarzeniem wyobrażam sobie również koncert Belgów i szalony moshpit pod sceną podczas ich występu.

Nie pozostaje mi nic innego jak polecić debiutancki krążek Carnation wszystkim fanom „śmierćmetalu”. Belgowie mają wszelkie predyspozycje do tego, aby zostać zauważonymi na scenie, a jeśli Chapel of Abhorrence nie jest tylko popełnionym na początku ich drogi pozytywnym wypadkiem przy pracy, to już wkrótce powinni na deathmetalowym podwórku zająć miejsce na równi ze starymi wyjadaczami.

Ocena: 9/10

Carnation na Facebooku

Łukasz Walas

Łukasz Walas

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz Walas

Tagi: , , , , , , , .