Cerber – “Śmiara” (2018)

Olsztyński Cerber wcześniej jakoś niespecjalnie budził w ludziach muzyczne skojarzenia. Tak się składa, że żyję względnie blisko ich bazy, toteż zdarzyło się już zobaczyć i posłuchać ich na żywo, niemniej dopiero niedawne wycieczki po Polsce i premiera Śmiary – drugiego longplaya ekipy – przebiła trio do świadomości metalowego półświatka. I w sumie dobrze, że przedarli się teraz, bo z takim materiałem ciężko zrobić lepsze pierwsze wrażenie.

Do opisu swojej muzyki, Wiśnia z kolegami używają terminu Hardcore/Sludge/Alternative. Zamiast silić się na sztuczne, pseudoniszowe neologizmy, po prostu przyznam im rację. Taka zbitka najlepiej opisuje ich nihilistyczne hymny, obiecując jednocześnie posępny ciężar, wściekłe fragmenty idealne do obijania ścian i współsłuchaczy, oraz coś jeszcze, coś nietypowego w takich klimatach. Zazwyczaj na widok takich obietnic znacząco macham głową, to jest uznaję za wydumane ambicje i przerost ego, jednak Cerber faktycznie do ciężkiej młócki dodaje elementy, których nie spodziewałbym się tu doświadczyć. I świetnie! Dzięki temu przez około pięćdziesiąt minut cały czas coś się dzieje, a wymieszanie stylów, podejść i nastrojów nadaje Śmiarze bardzo oryginalny wydźwięk.

Siedem zaprezentowanych tu kawałków promowano hasłem “dyskomfort”. Trzeba przyznać, że to chyba najlepszy slogan, jakiego można było użyć. Dyskomfort ten bije od początku do końca, stawiając odbiorcę naprzeciw dziwnemu uczuciu, niepozwalającym w pełni skupić się na hardcore’owej części płyty. I choć bujające, napakowane groovem riffy są praktycznie podstawą tego albumu, nieustannie pojawia się też jakiś niepokój. Machasz głową do Haka i nagle wkracza miażdżąco-dołujący klimat Religia Jest Gangreną Ludzkości. Tańczysz przy XIII, a później wpadasz w okołoballadową, odrobinę postną refleksję Pustej Góry. Klątwa Ahaba sprawia, że zakładasz kastety, by chwilę później zaatakować półeteryczną atmosferą, która jak żywo kojarzy mi się z Halnym Furii. Zupełnie jak w dobrym horrorze, elementy ciężkiego napięcia mieszają się z niewymagającym refleksji łapaniem oddechu. W połowie płyty przychodzi Nanvk, który jest wyjątkowo -core’owy (budowa numeru spod znaku kapel a’la A Day To Remember, to jest breakdownowe łamanie kręgosłupa podane z przystawką w postaci charakterystycznej dla niszy melodyczności), by potem zniszczyć ów luźny klimat Ztrwyznainami.

W tym szaleństwie jest metoda, imię jej indywidualność. W napływie setek, jeśli nie tysięcy, identycznych projektów, które zrzynają od tych samych idoli i które, mam wrażenie, istnieją tylko dzięki gęstej sieci znajomości, Cerber błyszczy niczym Syriusz. Jest kimś nowym w towarzystwie, kimś, kto nie dostraja się do reszty, i dlatego warto go posłuchać. To, co mówi, może nie jest szczytem elokwencji (mam problem z niektórymi tekstami i rymami na płycie), ale na pewno jest interesujące. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę głos tej bestii (Wiśnia potrafi brzmieć wręcz potwornie, zresztą produkcja trzyma bardzo mocny, wyraźny poziom). Oczywiście, czasem możesz w takim kontakcie nie zgadzać się ze wszystkim, co jest ci przedstawiane. Dla mnie na przykład było za długo i czasem zbyt wtórnie (szablon mocniej-lżej na Klątwie Ahaba albo pojawiające się tu i ówdzie nadużywanie riffów). To jednak tylko szczegóły. Śmiara kategorycznie wymaga uwagi.

Cerber na Facebooku

Ocena: 8,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .