Inadream – “No Songs For Lovers” 2019

Polemizowałbym, czy trafnie jest nazywać propozycję Niemców z Inadream post-punkiem – a taka łatka zwykle pojawia się przy ich twórczości – bo jednak tego terminu używa się dziś zwykle w innym kontekście i w odniesieniu do No Songs For Lovers może mylić tropy. Twórczość zespołu to bezpośredni ukłon w kierunku końcówki lat 70. i początku 80., bez udziwnień, przeobrażeń, nowej interpretacji. Zespół gra staroświecki punk w bardziej piosenkowym, wręcz balladowym wydaniu, o obniżonym indeksie zgrzytliwości, w tradycji londyńskich pubów, łobuzersko-chłopięco-romantycznym, jakby muzycy chcieli się przenieść do czasów swojego dzieciństwa, przywołać tamten utracony klimat.

Czy to próba udana i potrzebna? W gruncie rzeczy tak. Choć piosenki Inadream bliskie są stylistyce pop-rockowej, to jednak daleko im do komercyjnego, do bólu wyrachowanego podejścia zespołów w stylu Green Day. Niemcy lokują się bliżej lżejszych propozycji The Clash, Sham 69 czy Buzzcocks. To prosta i melodyjna muzyka, która doskonale sprawdzi się przy szklanicy Guinnessa. I nie, nie zapominam, że zespół pochodzi z Bochum, a nie z Brixton czy innego Bristolu (nawet ciut rytmiki ska się tu znajdzie). Wokalista brzmi zresztą jak chłopak z przedmieść Londynu, który niejedną szybę wybił, kiedy lekko podpity wracał z meczu West Ham United (chociażby) – pomijam nawet akcent, rzecz w charakterystycznej manierze.

Brak tu jednak jakiś zniewalających ciosów, czegoś, co chwyci za serce jednoznacznie i dobitnie. Ale nie sposób odmówić Inadream naturalności, wyczucia, przyjemnej w sumie lekkości. 33-minutowa płyta powinna jednak nie dawać oddechu, być esencją tego, co najlepsze, prezentować same potencjalne hity, a No Songs For Lovers słucha się jedynie z okazjonalnym zainteresowaniem. Niemniej jednak fani melodyjnego rocka, który kłania się piosenkowej spuściźnie brytyjskiego punka, sprawdzić mogą.

ocena: 6/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .