Cerber: “Zaglądać w pustkę i czerpać stamtąd garściami”

Cerber: niektórzy chwalą, większość nie zna, ja uważam za twórców jednego z najlepszych krążków polskiej ekstremy bieżącego roku. O zbliżającą się trasę, rodzime podziemie, filozofię dyskomfortu i nie tylko spytaliśmy Mateusza Wiśnię Wiszniewskiego: wyjątkowo wygadanego lidera formacji.


Czołem, Cerberze! Jesteśmy na ostatniej prostej przed rozpoczęciem drugiej części Dyskomfortu, to jest touru promującego Wasz najnowszy longplay. W związku z tym wypada spytać: jak przyjęły się pierwsza odnoga trasy i sama płyta? Wszystkie recenzje, jakie widziałem, były pozytywne i zachęcające, a jak zareagowali zwykli odbiorcy?

Siemasz! Pierwsza część Dyskomfortu była zorganizowana nieco po macoszemu. Spowodowane to było tym, że praca nad płytą znacznie nam się przedłużyła. Chcieliśmy dopieścić każdy szczegół i wyciągnąć z nagranego brzmienia maksymalną jakość. Nie zostawiło nam to wiele czasu na należyte rozpromowanie pierwszej części trasy, co dodatkowo w połączeniu z bardzo gorącym majem przełożyło się na dość słabą frekwencję. Niemniej wszyscy ci, którzy przybyli, byli tym faktem wielce ukontentowani. Świadczy o tym chociażby bardzo dobra sprzedaż merchu – prawie każdy kto przyszedł z czymś wyszedł :). Z doświadczenia wiem, że sprzedaż płyt i koszulek to najlepszy wyznacznik tego, czy zażarło. I pod tym względem było bardzo dobrze. Druga część Dyskomfortu jest już zorganizowana ze zdecydowanie większym rozmachem. Mamy najlepszy w historii Cerbera skład, nowy materiał, w który bardzo wierzymy i warsztatowo jesteśmy bardzo dobrze przygotowani do tych koncertów.

Z całą pewnością opłaciło się poświęcić Śmiarze dodatkowe pokłady uwagi, płyta wyszła Wam fantastycznie. Ale do niej jeszcze wrócimy, przedtem porozmawiajmy jeszcze o graniu na żywo. Skąd decyzja by pchać Dyskomfort samemu? Dlaczego zdecydowaliście się nie dodawać do trasy kolejnego bandu, który potencjalnie mógłby zgromadzić dodatkową publikę?

Dziękujemy! To nie do końca prawda, że robimy to sami – jesteśmy organizatorem trasy i podmiotem odpowiedzialnym za wszelkie je aspekty, ale na każdym przystanku towarzyszą nam inne kapele. Jesteśmy realistami – wiemy, że nie jesteśmy sami w stanie zgromadzić satysfakcjonującej publiki przy naszym poziomie rozpoznawalności. Niektóre składy są na kilka koncertów, niektóre tylko lokalnie. Decyzja dywersyfikacji była w dużej mierze podyktowana tym, że po prostu ciężko na tym szczeblu znaleźć kapele, które chcą aż tyle grać. Dochodzą też kwestie finansowe, które nie zawsze możemy spełnić. W tym momencie najwięcej, bo 3 koncerty gramy ze śląską hc/grind/metalową maszyną Bottom, są tez nasi dobrzy przyjaciele z Minetaur, polsko-niemiecki Barreleye, hardcore’owe Final Charge z Jarocina, metalowy Sicphorm z Wrocławia i paskudny Parh z Płocka. Do tego pojedynczo Skov, Undead Phoenix, Wyrok, Burn The Map, Sickroom, Taphonomy. Zależało nam też na różnorodności, nie chcemy ograniczać się do jakiejś gatunkowej niszy bo sami do żadnej nie przynależymy. Ma być po prostu dobry rock’n’roll – nieważne o jakim zabarwieniu :). Lubimy też poznawać różnych ludzi, nawiązywać kontakty. W przyszłości chętnie zagralibyśmy całą trasę w jednym składzie – po prostu chwilowo nie mamy na to pomysłu.

Niemniej w większości to małe, lokalne ekipy Was wspierają. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że nie należycie do żadnego, nazwijmy to, okołomuzycznego towarzystwa czy też innej “loży”. Najgłośniejszą nazwą, z którą współdzieliliście scenę, było bodajże Christ Agony. Celowo utrzymujecie wizerunek samotnego wilka, czy to wychodzi raczej mimochodem? Nie kusi Was, by wkręcić się w szerszy odbiór?

Nie należymy. To wynika w dużej mierze z tego gdzie mieszkamy. Olsztyn to taka większa wioska i kultura tutaj, delikatnie mówiąc, nie działa zbyt prężnie. Nie ma wielu ludzi, którzy coś robią, a jak robią to na szczeblu nieco niższym niż nasz. Nie chcę wyjść tutaj na snoba, ale po prostu parę lat już pograliśmy i nie satysfakcjonuje nas granie na byle czym i byle gdzie. Mamy swój standard, który musi zostać zapewniony abyśmy mogli czerpać przyjemność z grania. Można powiedzieć, że to my jesteśmy w tym momencie jednym z głównych kreatorów jako takiej warmińskiej sceny bo gramy dużo i często – ale w żadnym wypadku nie jesteśmy jedyni i tutaj ukłony z mojej strony dla wszystkich, którzy mimo kłód w tym mieście coś robią. Zdarzyło nam się supportować większe ekipy takie jak Decapitated, Vader czy Jinjer, ale w moim odczuciu stało się to nieco za wcześnie, nie byliśmy wtedy jeszcze do końca mentalnie i warsztatowo przygotowani na takie towarzystwo. Cerber ma to do siebie, że zaczynał praktycznie od zera, przechodził wiele zmian, wzlotów i upadków. Wszystko to umacniało nas gdzieś po drodze. Pierwsze nasze demówki i koncerty to było błądzenie po omacku, wszystkiego uczyliśmy się ‘w biegu’. Moim zdaniem dopiero teraz jest to oszlifowany ‘produkt’, który można eksportować, ale zdaję sobie sprawę że zagraliśmy ponad 100 koncertów, lepszych i gorszych. Być może wiele osób pamięta nas z wcześniejszych okresów działalności i teraz niechętnie sięga po nasze nowe wypusty. Sposób w jaki prowadzimy narrację swoich mediów społecznościowych, jak wyglądamy i zachowujemy się na scenie, jakie mamy teksty może sprawiać wrażenie pewnego zdystansowania. I owszem, ono jest bo, delikatnie mówiąc, nie jesteśmy wielkimi przyjaciółmi świata i ludzkości.Niemniej każdy zespół z jakim graliśmy był zadowolony (przynajmniej z tego co wiem), my jesteśmy normalnymi kolesiami z ogromnym dystansem do siebie i zawsze na naszych sztukach jest fajna atmosfera. Może ludzie lubią sobie pewne rzeczy dopowiadać, nie wiem. W każdym razie ja jestem zawsze otwarty na wszelkie kooperacje, muzyka to dla nas rzecz najważniejsza i wszystko co robimy ma na celu przybliżenie nas do bycia ‘profesjonalnym’ zespołem. Tak samo nasze relacje z innymi zespołami i klubami staramy się utrzymywać na stopie profesjonalnej – nie ‘ziomeczkowej’ bo to jest dziki koń, z którego można boleśnie spaść. Chcę otrzymywać zaproszenia na koncerty bo fajnie gram, a nie bo kogoś tam znam. Być może komuś się to nie podoba, zdarza nam się otrzymywać negatywne komentarze na temat wyżej wspomnianej narracji. Że niby jesteśmy nadęci, wyniośli. Po prostu taki mamy na to pomysł i to wynika z naturalnej potrzeby serca, a nie jakiejś kreacji. Stylistyka dyskomfortu i zniszczenia pasuje nam jak dobrze skrojone ubranie i nikomu nie zamierzamy wchodzić w otwór, żeby łaskawie nas posłuchał. Staramy się sukcesywnie polepszać jakość wszystkiego, co robimy – czy to koncerty, płyty, koszulki. Uważam, że to jest jedyna droga do tego szeroko rozumianego ‘spełnienia’.

A gdybyś miał wskazać najlepsze elementy polskiego undergroundu muzycznego z którymi się zetknąłeś (nie tylko osobiście), byłyby to….? Nie pytam wyłącznie o zespoły, ale także miejsca, ruchy, organizacje, wytwórnie, itd. Sytuacje i osoby, które najcieplej wspominasz.

Kurcze, trudne pytanie. Nie jestem jakimś tam znawcą sceny, trochę nie mam już czasu żeby to wszystko zgłębiać i nadążać, ale mogę nieco z własnego doświadczenia podpowiedzieć gdzie jest fajnie. Jeżeli chodzi o kluby to na pewno z pierwszej ręki przychodzi mi do głowy Hary Pub w Białymstoku, który jest świetnym miejscem na takie średnie eventy i ma przemiłą panią manager. Do tego dodałbym Fabrykę Kultury Zgrzyt w Ciechanowie prowadzoną przez Sławka, który jest bardzo równym gościem, zawsze mamy tam ciepłe przyjęcie. Podobało mi się też ostatnio w warszawskim Voodoo, bardzo dobrze ogarnięta knajpa z dobrym sprzętem, kumatym akustykiem i wygodnym zapleczem. Tutaj wykroczę poza ramy naszego kraju, ale po prostu muszę wspomnieć o litewskim klubie Lemmy w Kownie. Ta knajpa powinna dla polskich przedsiębiorców służyć za podręcznik ‘jak robić rockowe miejsce’, wszystko tam jest na mega wysokim poziomie a manager Nerijus to przemiły i konkretny człowiek. Jeśli chodzi o kapele: na pewno zespół Krzta z Olsztyna jest niesamowicie godny uwagi, to artystycznie i wykonawczo najwyższy poziom. O festiwalach niespecjalnie mogę się wypowiedzieć, bo nie graliśmy na zbyt wielu, ale mogę zdradzić że w 2019 roku będzie można zobaczyć Cerbera na Festiwalu Mocnych Brzmień w Świeciu, który to zapowiada się wyśmienicie i kontakt z chłopakami jest świetny. Jak widzisz, gramy od 2010 ale tak naprawdę dopiero teraz wychodzimy z cienia :). Mogę z czystym sumieniem polecić też inicjatywę zwaną Banshee Booking, którą prowadzi moja kumpela Patrycja i ma ona ogromne serducho do tego – bądź co bądź – nieco niewdzięcznego zajęcia. Pisaliśmy do różnych ‘bookingów’ w sprawach supportów czy grania ale odzew był bardzo niewielki. Jakoś nie pasuje chyba im nigdzie ten Cerber. Dlatego też właśnie bierzemy sprawy w swoje ręce i założyliśmy, a w zasadzie to ja założyłem, swoją małą agencję artystyczną Triplesix Art, w której oprócz organizowania tras zajmuję się też pisaniem tekstów i nagrywaniem. W tym roku ukazała się jedna świetna płyta z moimi tekstami zespołu Paranoid Mind. Ukaże się też nowy materiał Koronal z moimi lirykami. Wyszedł również debiutancki album zespołu Marazm, który miałem przyjemność w dużej mierze nagrać oraz produkować. Narodziło się to po prostu z potrzeby grania koncertów, to jest nasz żywioł i sens egzystencji. Agencje nie są nami specjalnie
zainteresowane, inne kapele też rzadko nas zapraszają więc nie pozostało nic innego jak po prostu samemu nauczyć się to robić. Mam już na koncie trzy trasy – Warmia Is Loud z zeszłego roku, która liczyła bodaj 15 koncertów oraz mini trasę zagraniczną po kilku wschodnich krajach. No i oczywiście zbliżający się Dyskomfort, który jest zorganizowany z największym dotąd rozmachem. Robiłem to bo musiałem, aż w końcu chyba stałem się w tym całkiem niezły. Jeździmy też często z własnym nagłośnieniem, ponieważ dbamy o każdy aspekt tych przedsięwzięć i zależy nam na jak najlepszym zaprezentowaniu naszej twórczości. Bo właśnie w koncertach tkwi moc Cerbera. Cała reszta to tylko konieczny dodatek.

Wspomniałeś o prowadzeniu mediów i zdystansowanym wizerunku, kręcimy się także wokół tekstów, więc pora najwyższa mocniej poruszyć temat. Wasz dobór słów i sposób wypowiedzi, czy to na Facebooku, czy w lirykach, to jedna z najbardziej charakterystycznych i rzucających się w oczy cech Waszego wizerunku. Skąd ten specyficzny język, ale także styl komponowania, grania? Gdzie szukać korzeni filozofii dyskomfortu?

Cerber to od początku do końca moja kreacja. Jest to tak naprawdę przedłużenie mojego charakteru, pole do rozwoju zainteresowań literackich, muzycznych i światopoglądowych. Jestem autorem muzyki i tekstów – Smoluch i Alex pomagają mi wydobyć esencję z moich pomysłów. Są doskonałymi żołnierzami a ja staram się być mądrym, charyzmatycznym liderem i współpracuje nam się doskonale. Role w zespole rozkładają nam się naturalnie. Cerber przechodził przez kilka zmian składu i myślę, że teraz jest potężny jak nigdy dotąd. Filozofia dyskomfortu to w pewnym sensie naturalne następstwo wszystkich rzeczy, które mnie ukształtowały. Od zawsze pasjonowałem się turpizmem – sztuką paskudztwa. Lubię rzeczy, które są ‘ładnie brzydkie’, zdehumanizowane, zwyrodniałe. Zaglądać w pustkę i czerpać stamtąd garściami. Doskonale odnalazłem się w etosie lucyferiańskim. Bunt przeciwko rzeczywistości jest mi bardzo bliski – praktycznie całe swoje dorosłe życie jestem przeciwko czemuś. Moja sztuka rodzi się w sprzeciwie bo świat który zastałem jest dla mnie nie zaakceptowania. Mam osobowość architekta i ciągle muszę budować nowe konstrukty. Wyobraziłem sobie swoją wymarzoną rzeczywistość i kreuję ją tak, by odpowiadała mi w każdym aspekcie. Cerber jest w tym wszystkim emanacją mojej artystycznej duszy. Mojego poszukiwania oryginalności, świeżości i ujściem wszelkiego paskudztwa, które mnie toczy. Taką emocjonalną spluwaczką. Nigdy nie interesowało mnie powielanie schematów. Podejrzewam, że to jest głównym powodem tego, że mamy pod górkę. Bo nigdzie nie pasujemy. Tak samo jak nigdzie nie pasuję ja – jestem wielkim typem z niebieskimi dredami, mnóstwem tatuaży i groźną aparycją. W środku za to jestem wrażliwym i mimo wszystko dość empatycznym człowiekiem. Taki też jest Cerber, przy pierwszym kontakcie groźny i dziwny, ale po starannym zagłębieniu ukaże pokłady piękna. Jeżeli chodzi o muzyczne aspekty to jestem w stu procentach samoukiem, jeżeli chodzi o dźwięki. Nigdy nie pobierałem żadnych lekcji, nie znam teorii. Po prostu mnie to nie interesuje. Muzyka to dla mnie żywioł, ogień, plastyczna masa, a nie coś, co potrzebuję rozłożyć na czynniki pierwsze, dodać, pomnożyć i zyskać jasny i klarowny, matematyczny wynik. Być może w tym podejściu jest pewna ignorancja, ale nie zamierzam robić czegoś wbrew sobie. Odnalazłem swoje miejsce w tym całym bałaganie i teraz mogę skupiać się na ciągłym doprowadzaniu tego stylu do perfekcji.

Czym w takim razie jest dla Ciebie Śmiara? Opus magnum, nowym początkiem, manifestem, emocjonalną spluwaczką czy może czymś jeszcze? Widzisz w niej jakieś rysy do wypolerowania bądź pomysły niewystarczająco rozwinięte?

Na pewno czymś innym, niż kiedy ją nagrywałem. Prace nad płytą z różnych powodów – głównie finansowych – dość mocno się przedłużyły i cały proces jej nagrania oraz miksowania trwał w sumie około trzech lat. Nigdy w życiu nie chcę już tak długo nagrywać płyty :). Były momenty, w których myślałem, że ona się nigdy nie ukaże. Że nie damy rady, usunę to w cholerę i zajmę się sportowym szydełkowaniem. Stąd między innymi ta nazwa, która oznacza jednocześnie cierpliwość i upokorzenie. Duszny i niewygodny klimat tego albumu w dużej mierze właśnie wynika z kumulacji tych wszystkich frustracji, niemocy, które nas w tamtym okresie atakowały. Mieliśmy dużo problemów natury osobistej, ale zespół to było coś, co trzymało nas na powierzchni. Pozwalało zachować sens i balans. Kiedy dzisiaj słucham tych utworów to zmieniłbym w nich bardzo wiele rzeczy, ale to normalne, każdy twórca tak ma. Śmiara jest przede wszystkim świadectwem i pomnikiem tego, czym byliśmy w momencie jej nagrywania: kłębami bólu. Na pewno uważam ją za nasz najlepszy materiał. Nie gramy już w ogóle utworów z poprzednich wydawnictw – jedynym wyjątkiem są Blizny bo to hicior, a wiadomo, hiciora trzeba grać :). To byłoby dla mnie jak próba ubrania się w ubrania o rozmiar mniejsze. Niby możesz nosić, ale będziesz się dusił i będzie ci niewygodnie. Kiedy w mojej głowie narodził się koncept Cerbera to razem z nim wyklarowała się myśl, że zawsze będę robił wszystko tak jak chcę nie zważając na żadne zewnętrzne wpływy. No bo skoro pogardza się światem to nielogicznym byłoby szukać u niego porad. Mamy już skomponowany materiał na prawie całą kolejną płytę. On powstał już w zupełnie innych okolicznościach – stworzyli go ludzie wolni, silni i świadomi. Tak też będzie brzmiał.

A więc zamiast Śmiary – Swada?

Można tak powiedzieć. Kto wie, może właśnie wymyśliłeś nam tytuł nowej płyty? 🙂

No proszę, nie spodziewałbym się. Zdradzisz jeszcze jakieś szczegóły kolejnego wydawnictwa? Je również planujecie wydać samodzielnie, czy też tym razem w grę wchodzi jakaś wytwórnia? A może po drodze trafią się jakieś dodatkowe atrakcje, EP-ki, splity itp?

Niewiele mogę zdradzić, niewiele na razie wiadomo. Póki co mamy tylko (albo aż) muzykę – na ten moment pracujemy nad 8 utworami. Ciężko mi w tej chwili stwierdzić czy wszystkie wejdą na płytę i ile ich ostatecznie będzie. Tak samo jak na Śmiarze znajdą się na niej utwory strojone wyżej, w naszym ‘klasycznym’ stroju i takie, które zejdą bardzo nisko. Jestem w stanie przerobić tylko jeden duży projekt na raz, a chciałbym poświęcić tej płycie maksimum, więc póki co nie myślę nad jej ostateczną formą. Dość wyraźnej przemianie uległa za to nasza muzyka. Odeszliśmy trochę od walców, zaszczepiliśmy w całość ducha Motorhead i przygrzaliśmy mocno do przodu. Nowe numery są zdecydowanie bardziej piosenkowe, mają zwarte konstrukcje, mniej riffów, więcej melodii i bardziej żywe tempa. Starałem się komponując je wydobyć taką czystą esencję Cerbera i dodać do niej garść ekstra czadu. Grać coś co naprawdę bym chciał i co jednocześnie poruszy ludzi do szalonego tańca. Większa przystępność wynika również z tego, że po prostu podnieśliśmy nasze umiejętności i możemy sobie pozwolić na więcej eksperymentów z melodiami. W dodatku nasz nowy człowiek – Alex – oprócz bycia zajebistym basistą ma też rewelacyjny wokal, który mam zamiar mocno na nowym materiale eksploatować. Można powiedzieć, że niebawem Cerber będzie miał dwóch wokalistów :). Bardzo wierzymy w ten materiał, dlatego intensywnie gramy już nowe strzały na koncertach, sprawdzamy je w warunkach bojowych. Zawsze tak robiliśmy i to chyba stanie się już w naszym wydaniu pewną tradycją. Te nowe koncepty są również gęsto skraplane naszym charakterystycznym eklektyzmem i myślę, że mają momenty naprawdę zaskakujące. Chcielibyśmy nagrać i wydać nowy album w przyszłym roku. Czy to się uda – czas pokaże. Jesteśmy mocno zdeterminowani. Mogę zdradzić za to kilka tytułów – Zero, Długi Moment Ulgi, Czarcia Brama, Brud/Zenit, Wąż Pożerający Smoka, Biały Szum. Jak widać, szykuje się kolejna porcja dziwactwa na sterydach :). Jeżeli chodzi o wydanie to owszem, mam zamiar pokazać materiał różnym wytwórniom, ale jakoś mocno nie nie liczę. Wierzę, że w odpowiednim momencie sami się zgłoszą – póki co hołduję etosowi D.I.Y i trzymam wszystko w swoich łapskach. Ten model zarządzania mi odpowiada, mam kontrolę nad wszystkimi finansami, statystykami i decyzjami. Ta muzyka jest dla mnie najważniejszą rzeczą na świecie i jeśli ktoś poza mną ma ją posiadać to muszę wiedzieć, że to odpowiedni człowiek. Z ciekawostek to w tym roku chcielibyśmy nagrać EPkę swojej drugiej kapeli –Vital, którą współtworzę ze Smoluchem. Tam grzejemy bardzo intensywnego, szybkiego psycho hardcore punka. Mam wielką nadzieję, że uda mi się to zrobić jeszcze w 2018. Chciałbym aby obie te kapele funkcjonowały na rynku muzycznym prężnie i aktywnie.

Powoli czas kończyć tę rozmowę, ale zanim nadejdzie ostatnie słowo, chciałbym spytać o coś, co mnie samego jako domorosłego muzyka interesuje. W jaki sposób tworzysz tak nietypową i oryginalną, przynajmniej w moim mniemaniu, mieszankę dźwięków? Które projekty odcisnęły na Tobie największe piętno? Czego trzeba słuchać by być Cerberem?

Chyba nie ma na to jakiejś recepty, po prostu tak wyszło. Trzeba mieć otwartą głowę, nie zżynać bezmyślnie od innych i zawsze szukać nowych dróg rozwoju. Jeżeli chodzi o mnie to moje inspiracje są bardzo rozpięte, lubię od death metalu po elektronikę. Fajnie jak jest brutalny cios, fajnie jak jest ładna melodia. Sludge metal, hardcore i gitarowa alternatywa to moje główne inspiracje. Lubię Crowbara, Eyehetegod czy Panterę ale też The Smiths, Deftones, The Cure i Dinosaur Jr. Nie ma tu żadnego klucza. Zawsze starałem się odbierać jak najwięcej bodźców i być otwartym na nowe doświadczenia foniczne.

To by było na tyle. Dzięki za możliwość rozmowy i bardzo bogate odpowiedzi. Pozostaje mi tylko przypomnieć o nadchodzącym Dyskomforcie, gorąco na niego zaprosić i pozostawić Ci tradycyjne ostatnie słowo. Trzymaj się, do zobaczenia!

Dzięki, fajnie się konwersowało. Wpadajcie na koncerty, słuchajcie płyt i wyczekujcie rozwoju naszych poczynań. Będzie działo się dużo!

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .