Chains ov Beleth – “Christeos Chaos” (2015)

Christeos Chaos to drugi pełnograj hiszpańskiego Chains ov Beleth. Projekt jest jednoosobowy, a bardzo okultystyczny, barwy czerniejszej niż tłuste dupsko Biggiego Smallsa, nijak z tą recenzją niestety niepowiązanego. Wydany przez Satanath Records i Morbid Shrine Productions krążek zawiera osiem utworów raczej dłuższych, niż krótszych, albowiem razem płyta zajmuje pięćdziesiąt minut, bardzo odpowiednich na te gorące dni, amen.

Chains ov Beleth, jak można wydumać z wstępu, prezentuje religijniejszą odmianę black metalu. Taką occultową, zadymioną, zimną jak serca i waginy Waszych byłych (a i złowieszczą na nie mniejszym poziomie). Nie mam zwykle oporów przed szerzeniem swoich poglądów przez muzykę, wisi mi czy piewca drze japę o Chrystusowej wspaniałości czy mierności, buddyńskie medytacje też mi nie przeszkadzają, byle byłoby dobrze zagrane. Christeos Chaos jest prawie dobrze zagrany. Niestety to chyba najlepsze, co można o nim powiedzieć. Ta płyta jest co najwyżej dobra, wyżej już nie sięga, choć czasami stara się podskakiwać trochę ponad swój poziom.

Zazwyczaj największym plusem, ale i punktem obowiązkowym takich nagrań jest klimat. Słuchając occultu, nie tylko black metalowego, wymagam atmosfery, która mnie wciągnie i oczaruje magią, jakże potrzebną w tej konkretnej stylistyce. CoB faktycznie, umie wciągnąć, chociażby wyjątkowo złowieszczym Breath of Disease. Tylko, że brakuje tu czegoś, co rozkręca zabawę. Christeos Chaos porównałbym do pubu, do którego nawet fajnie jest sobie wejść, wypić piwo i popatrzeć na otoczenie i ludzi, ale już dłużej tam zostawać nie ma sensu. Troszkę szkoda, myślę, że mogło być dużo mroczniej. Muzyka utrzymana jest tu w dość melodyjnych, średnich tempach i, jak już wspomniałem, jest zimna jak sok z Syberii. W połączeniu z occultowym klimatem i dość piwniczną aranżacją, brzmi to nieźle. Kłopot polega jednak na tym, że kompozycje nie potrafią za bardzo przykuć uwagi. Po jakimś czasie, a konkretniej w okolicach Thrice Named, Thrice Cursed człowiek zaczyna odczuwać niedosyt i znużenie, a wiecznie średnie tempa i niewyszukane melodie zaczynają nudzić. Od czasu do czasu zdarzy się przyjemnie wyrastający rodzyn, chociażby w The Coryphaeus zdarza się jeden, ale to ewenementy.

Z całego Christeos Chaos najlepiej wypada chyba końcówka. Utwór tytułowy uważam za najlepszy na całym krążku, i to wcale nie dlatego, że jest najmniej mhhhoczny. Fakt, jest lżejszy, ale bardzo przyjemnie napisany. Do tego czyste wokale, bardzo pozytywnie wybijające się przed standardowe dla Heolstora burczenie pod nosem, oraz łacina w tekście sprawiają, że kawałek ten jest dwukrotnie bardziej occult niż reszta. Może to tędy droga, Heolstorze? Natomiast ostatni na płycie Transcending nie jest już taki dobry. Jest raczej średni. Ale i tak wyrasta ponad resztę z powodu – w końcu! – zmiany tempa, konkretnie na szybsze.

Ciężko uznać za pozytyw (aczkolwiek, lubiąc brzmienie rodem z szafy babki Grażyny) brzmienie płyty. Nie jestem antyfanem nagrywania chlebem, czasami faktycznie ma sens. Tutaj natomiast sprawia to wrażenie, jakby faktycznie grano w tej zamkniętej szafie. Muzyka jest dość głucha i przytłumiona, brakuje jej mocy i klarowności, aspektów raczej przydatnych w tych realiach. Także wokal pokpiono. Na tyle, że jedyny komentarz, jaki ciśnie mi się na klawiaturę to pełne rozczarowania “cyka blyat”. Za to layout zrobili bardzo ładny, gustowny, klimatyczny i właśnie taki, jakiego płyta w takim klimacie potrzebuje.

Jeżeli mam czymś się chłodzić w obecne upały to wolałbym już chłodny soczek marki Sromlesby niż Chains ov Beleth. Jest jednak szansa, że komuś z Was podpasuje. Jest całkiem dobrze, ale też nie na tyle, bym jakoś chętniej do tego wracał.

Ocena: 6,5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .