Dead Label – „Throne of Bones” (2016)

Po sukcesie debiutanckiego krążka Sense of Slaughter z nowym materiałem powraca irlandzkie trio Dead Label. Tym razem osiem mięsnych kawałków płyty Throne of Bones składa się na czterdzieści trzy minuty muzyki, podczas których rozwijająca się w dobrym kierunku kapela daje nam lekcję srogiego grania. Materiał powstał w East/West Studios w Hollywood, a za produkcję odpowiedzialny był Chris Rakestraw, który w tym roku pracował nad świeżutkim materiałem legendarnego Megadeth. Siadajcie zatem wygodnie na tronie z kości i przygotujcie się, że będzie głośno.

Najnowsze wydawnictwo Dead Label kopie po mordzie już od pierwszych sekund. Tytułowy Throne of Bones rozpoczyna się od szybkiego i potężnego instrumentalnego intra, które przełamuje nieludzki, głęboki growl frontmana grupy, Dana O’Grady’ego. Irlandczycy nie zwalniają tempa przez cały utwór, nie biorą jeńców. Kolejny numer, Salvation in Sacrifice (do którego powstał teledysk), utrzymuje poziom nadany przez poprzednika. Brutalna rzeźnia ma tu charakter nieco progresywny, choć doszukać się można ukłonu w stronę takich klasyków jak As I Lay Dying, czy Killswitch Engage. Ale w wypadku tria z Irlandii jest bardziej nowocześnie. Otrzymujemy bowiem ciekawą kombinację deathcore i metalcore z thrashowym zabarwieniem. Na pochwałę zasługuje zgranie perkusistki Claire Percival (tak, tak, panie też potrafią grzmocić w gary i to całkiem nieźle) z męską częścią zespołu, czyli wspomnianym już O’Gradym na wokalu i basie oraz Dannym Hallem szarpiącym za druty elektryka. Profesjonalizm składu najlepiej moim zdaniem oddaje trzeci numer zatytułowany Ominous. Tym potężnym uderzeniem kapela udowadnia swoje przygotowanie do zdobywania światowej sceny metalowej, co też już czyni, występując na wielkich festiwalach.

Kolejne dwie porcje muzycznych doznań, jakie serwuje nam Dead Label to chwila oddechu. The Birth of Suffering ma bowiem spokojniejsze momenty, które krzyżują się z wyrzucanymi z otchłani aparatów oddechowych growlami wokalisty. The Cleansing to dwie minuty prawdziwego oczyszczenia. Elektryk gra tu na cleanie, nie ma mowy o rykach i pomrukach na mikrofonie. Otrzymujemy przyjemny, relaksacyjny wręcz instrumental, który zajmuje idealnie tyle, ile powinien, by metal znów wyplusnął z pełną witalnością w Exhume the Venom. Ten numer, jak i kolejny Void powodują, że łeb i nogi same chodzą w takt srogich riffów. Na zakończenie krążka otrzymujemy pomieszanie z poplątaniem, bo dziewięciominutowy kawałek The Gates of Hell jest trudny do gatunkowego zaszufladkowania. Są tu partie klawiszowe, które otwierają podróż przez bramy piekła, jest niezmiennie wybijający zęby rytm, są diabelskie krzyki, w końcu zmiana tempa i gitara znów bez przesterów, solo niczym z power ballady, a na koniec klawisze zamykają całe przedstawienie solo, bez wspomagania innych instrumentów. No, ale jest moc. Tego nie można odmówić Irlandczykom.

Nie wiem, czy ekipa z Nuerra Records zdaje sobie z tego sprawę, ale wypuściła właśnie jednego z pretendentów do najlepszej płyty w kategorii kopniak w mordę. Serio, Throne of Bones to po prostu bardzo dobra płyta. Całości dobrze słucha się już przy pierwszym podejściu, nie ma na niej słabych momentów. Każdy dźwięk, każde przejście znajduje się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Chapeau bas i oby tak dalej!

Ocena: 9/10

vlad
Latest posts by vlad (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , .