Imperialist – “Cipher”(2018)

Ortodoksyjni blackmetalowcy żyjący według zasady „nie ma blacku bez szatana” debiutancki krążek Amerykanów z Imperialist zapewne ominą szerokim łukiem. Wydarta rodem z „gwiezdno-wojennego” science-fiction grafika, będąca okładką Cipher, rogatego na myśl raczej nie przywołuje – słusznie zresztą, gdyż na tym albumie go nie uświadczymy. Znajdziemy tu za to solidny kawał rewelacyjnej muzyki, z którą każdy nieortodoksyjny fan black metalu po prostu musi się zapoznać. A tym ortodoksyjnym również polecam.

Ten album to pozycja dla cierpliwych słuchaczy. Chociaż pierwsze cztery (trzy, jeśli nie wliczać do nich intra) utwory wstydu zespołowi nie przynoszą, to udało im się mnie delikatnie znudzić. Przyłapałem się na tym, że choć są to dobre kompozycje, to podczas kończącego tę, nazwijmy to pierwszą część płyty, Splendor Beneath an Ancient Permafrost, czułem delikatne zmęczenie materiału i z przerażeniem patrzyłem chociażby na dwa siedmiominutowe kolosy, z którymi już wkrótce miałem się zapoznać. Tutaj dodam, że zawarte na krążku pełnoprawne utwory są dosyć długie – najkrótszy z nich trwa 5 minut i 22 sekundy, co na niejednym blackowym albumie byłoby jedną z najdłuższych kompozycji. Zespół próbuje sobie radzić z tymi długościami, rozbudowując swoje utwory, i starając się nie wyczerpać słuchacza – chociaż w moim przypadku odrobinę się to nie udało. To jednak wciąż solidny kawał grania.

Pod względem działania porównałbym Cipher do alkoholu, gdyż on również nie ujawnia wszystkich swoich „atrakcji” na samym początku. O ile więc pozycje od 1 do 4 mogłyby przywoływać na myśl konsumpcję wysokoprocentowego trunku (niby przyjemnie, ale doznania smakowe nie są celem, a efektów spożycia jeszcze nie ma), tak od utworu 5 do 9 włącza się jedno z najlepszych odurzeń życia. To tak jakby zespół po Splendor Beneath an Ancient Permafrost podniósł sobie poprzeczkę o przynajmniej dwa poziomy wyżej i przeskoczył ją bez problemu. Siedmiominutowe potwory, których się obawiałem okazują się świetne, a najdłuższy na płycie The Dark Below (Crota’s End) to jednocześnie najjaśniejszy z klejnotów w jej koronie. Na łopatki kładzie również powiewający thrash metalem Chronochasm oraz chyba najmocniejszy na albumie Binary Coalescence.

Nie licząc tego jednego utworu, całość raczej nie zadowoli fanów takiego blacku, jaki prezentuje chociażby Watain. Propozycja Imperialist jest melodyjna i techniczna, jednak w żadnym przypadku nie jest to minus. Amerykanie nie nagrywają ballad, a kiedy trzeba to potrafią też solidnie przygrzać – wciąż jednak są to tylko krótkie – biorąc pod uwagę czas trwania całości – fragmenty.  Cipher jest utrzymany w średnim jak na black metal tempie, mimo tego jednak kopie dupsko bardziej niż niektóre ekstremalnie szybkie nagrania.

Bez krzty przesady – to jeden z lepszych metalowych albumów 2018 roku. Mam nadzieję, że nie będzie to tylko i wyłącznie szczęście debiutantów, liczę na równie dobrą kolejną odsłonę ich twórczości. Na scenie prawdopodobnie pojawia się ktoś, kto już wkrótce może stać się na niej ważnym graczem. Trzymam kciuki.

Ocena: 9/10

Imperialist na Facebooku

 

Łukasz W.
Latest posts by Łukasz W. (see all)

Tagi: , , , , , , .