Mindflair – „Scourge of Mankind” (2015)

Termin „grindcore” działa na mnie jak Adriana Lima na standardowego osiemnastolatka: instant boner i przekonanie, że będzie świetnie. Oczywiście jest to recepta na życie pełne zawodów, ale mimo to z uporem maniaka próbuję poznać jak najwięcej produkcji z kręgów GC/crust/anarcho i tym podobnych brudów. Co przekłada się także na redakcję Kvlt. Chyba tylko ja mam takiego hyzia na punkcie tych rejonów muzycznych, skutkiem czego o możliwość recenzowania Mindflair nawet niespecjalnie musiałem się wykłócać.

Ach, ja naiwny. Nigdy się nie nauczę, że gatunek nie znaczy jakość. Bo grindy występują w dwóch rodzajach: są albo te punkowe, proste i dość prymitywne (Nuclear Vomit, Jig-Ai, Napalm Death, innymi słowy, dźwięki, które standardowy zjadacz metalu kojarzy z terminem grindcore’u) albo te inne, nieoczywiste, skomplikowane kompozycyjnie, a czasami nawet technicznie, jak późniejsze Cattle Decapitation, ale też Cloud Rat i Fuck the Facts. Ja należę do zwolenników tego drugiego sortu, choć dobry, punkowy materiał też potrafi mną zakręcić. Scourge of Mankind to punko-grind. Jest trzecim pełniakiem niemaszków, ma niecałe pół godziny i zostało wydane przez EveryDayHate do spółki z WOOAAARGH i Wifageną.

Notka wydawnicza wspominała, że Mindflair to takie połączenie Brutal Truth i Soilent Green. Niezły chwyt reklamowy, ale prawda jest ciut inna. SG widzę tu niewiele, BT jeszcze mniej. Ekipa z Kaiserslautern gra dużo mniej deathowo, za to bardziej w stylu crust i d-beat. Gdybym miał podsumować płytę jednym słowem, najpierw pomyślałbym dłuższą chwilę, bo to wcale niełatwe, a potem powiedziałbym „napierdol”. Mimo, że czasami zdarzają się zwolnienia, to jednak materiał na Scourge of Mankind rwie do przodu jak naszprycowana kokainą świnka morska. Jest szybko i dynamicznie, nawet jak na ramy tego gatunku. Co nie znaczy wcale, że jest ponadprzeciętnie. Ot, po prostu szybkie punkowe riffy. Na szczęście przemyślane na tyle dobrze, że nie zdążą nudzić i zazwyczaj zmieniają się z tempem kolejnych członków Megadeth. Dodajmy do tego odpowiednią perkusję, która działa jak powinna i jest podstawa do dobrej płyty. Natomiast wokal to inna kwestia. Ja doceniam, że silny i w ogóle, ale są ludzie, którzy za mikrofon brać się po prostu nie powinni. Wokal główny to porażka a dodatkowe to śmiech na sali. Za cholerę nie mogę się do niego przemóc, przez co po prostu psuje mi wrażenia z krążka. Krążka, który jest dość różnorodny (jak na crust-grindy), ma naprawdę dobre momenty (Conspiracy of ShitUnkrautbekämpfung na drugim miejscu), nie trwa za długo i ma porządnego kopa. Może to marudzenie i narzekanie, ale płyta nie jest na tyle interesująca, by warto było się przez mankamenty przedzierać. Ogólnie jest dobrze i tylko tyle. To znaczy, byłoby. Gdyby własnie nie te mankamenty.

Tobie, drogi Czytelniku/-czko polecę zapoznać się z zalinkowanym kawałkiem. Podchodzi? To śmiało zainteresuj się całą płytą, zawodu raczej nie doświadczysz. Mi z takich rejonów dużo bardziej podchodzi recenzowany ostatnio Fredag den 13:e.

Ocena: 6,5/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .