Rage – „The Devil Strikes Again” (2016)

Z zespołami, które raczą nas swoimi tworami od ponad trzech dekad, często bywa tak, że ich styl dawno się przejadł. Tym bardziej, jeśli za sterami grupy stoi jeden człowiek, co rusz zmieniający swoich kompanów. Często wychodzi z tego niezła kicha. Prawda, że jest to dość irytujące? Taki Rage na przykład, założony w 1984 przez basującego wokalistę Peavy’ego Wagnera w niemieckim Herne, zdążył zaprezentować światu dziewięciu gitarzystów i pięciu perkusistów, a po drodze wydać aż dwadzieścia jeden płyt studyjnych. Dwudziestą drugą jest The Devil Strikes Again, czy raczej Peavy Wagner Strikes Again. Co wcale nie oznacza, że nowe wydawnictwo Rage nie zasługuje na naszą uwagę.

No jasne, nie można Wagnerowi odmówić ogromnego wkładu w rozwój muzyki metalowej. Jego marka jest jedną z najlepiej rozpoznawalnych heavy metalowych grup u naszych zachodnich sąsiadów. Od razu trzeba zaznaczyć, że tegoroczny album Rage jest pierwszym, na którym usłyszeć można Marcosa Rodrigueza szarpiącego za struny i Vassiliosa Maniatopoulosa wyładowującego się na bębnach. Ten iście multi-kulti skład sięga raczej to korzeni, niż próbuje odkryć coś nowego w ciężkim graniu, odświeżając stary styl heavy/power metalowego grania. Otrzymujemy dzięki temu surowy i przyjemny w odbiorze krążek, trwający całe siedemdziesiąt trzy minuty, które jednak stosunkowo szybko mijają. Pierwszy kawałek, tytułowy The Devil Strikes Again otrzymał swoje wizualne wspomaganie w postaci teledysku promującego ten single. Jest to utwór dobrze skonstruowany i wydaje się być idealnym wyborem dla przyciągnięcia uwagi odbiorców. Duch heavy metalu z lat osiemdziesiątych unosi się nad tą kompozycją, co zapowiada niezły klimat w dalszej części longplay’a.

Kolejne piosenki trzymają narzucony wcześniej poziom, no, może nie są najwyższych lotów, ale nie można narzekać. W Back on Track denerwuje nieco zakończenie, takie typowe dla power metalowych pieśni o podbojach fantastycznych krain. Rzeczy komplikuje trochę trzynasty na płycie Into the Fire, który zdecydowanie odstaje od reszty. Nie wiem, dlaczego Wagner chciał w tym momencie wrzucić na krążek wolniejszy przerywnik: ni to ballada, ni to hymn, ot, bardzo niestrawna melodia, doprawiona skrzeczącymi partiami wokalnymi, które nijak nie korespondują z poprzednimi utworami na płycie. Ale to nie wszystko, bo po kolejnym szybkim natarciu w Slave to the Grind, kapela znów serwuje nam źle wysmażone mięso. Chociaż nie, to raczej danie wegetariańskie, bo brakuje tu mięsnego przytupu. Bravado miało chyba zadanie oczarować słuchacza melodyjnym dialogiem gitary i wokalu, ale wyszło najwyżej przeciętnie. Płytę zamyka dość dobry Open Fire, który wybrzmiewa po niezłej, szybkiej solówce.

Chciałoby się sparafrazować Onufrego Zagłobę i przewrotnie spytać „a czy ty wiesz, słuchaczu, co to jest Rage?”. No właśnie, Rage to Rage, Rage to Peavy i tego nic nie zmieni. Widać, słuchać i czuć, że kapela jest widowiskiem jednego człowieka, który praktycznie od zawsze pociąga za wszystkie sznurki, ale też robi to z wielką pasją i oddaniem. Rodriguez i Maniatopoulos dobrze wpisują się w charakter zespołu, jaki sobie zamyślił jego założyciel. Na pewno nie można mieć zastrzeżeń do produkcji, bo brzmienie krążka nie pozostawia nic do dodania. Warstwa tekstowa nieco kuleje w porównaniu do muzyki, ale i tak płyta nadaje się do puszczenia gdzieś w tle podczas codziennych zajęć. Choć The Devil Strikes Again nie jest porywającą propozycją, to jednak wydaje się być albumem potwierdzającym dobrą formę nowych członków Rage, co jest zdecydowanym atutem w sezonie koncertowym. Pytanie tylko, jak długo nimi pozostaną.

 

Ocena: 6/10

vlad
Latest posts by vlad (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , .