Suicidal Madness – “Illusions Funestes” (2016)

  •  
  •  
  •  
  •  

Podobno dobra nazwa to połowa sukcesu. Przyciąga ludzi, zapada w pamięć, a jak jeszcze zobrazowana jest niezłym logiem to już w ogóle robi się z niej symbol. Suicidal Madness nazwę ma świetną, przyznać muszę ja i każdy wokół. Jest mocna i silnie sugeruje czego się można po Żabojadach spodziewać. Problem zaczyna się gdy oczekujesz więcej niż możesz dostać. I zamiast Samobójczego Szaleństwa dostajesz Średnie Szelesty.

Illusions Funestes jest drugim pełnograjem owej ekipy. Znajdziecie tutaj osiem kawałków w tematyce teoretycznie smutnej czerniny, łącznie trwających czterdzieści siedem minut i ogonek. Wydawcą im Wolfspell Records, co nastroiło mnie pozytywnie (czy to odpowiednie określenie gdy mowa o depresyjnościach muzycznych?) równie mocno jak nazwa projektu. Niestety tym razem wyszła skucha.

Ten album jest nudny. Brakuje mu tego tajemniczego elementu który sprawia, że pomimo powtarzalności motywów, pomimo monotonii chcesz dalej słuchać depressive’u. Suicidal Madness tylko udaje smutek, przez co nie potrafią stworzyć charakterystycznej atmosfery przygnębienia i osamotnienia. Leci on sobie, leci w słuchawkach, a ty niby słyszysz, ale to słyszenie takie samo jak w przypadku narzekania matki/żony na twój rzekomy alkoholizm i szlajanie się po nocy. Zupełnie nie przywiązywałem wagi do żadnego dźwięku podczas odsłuchu, a zwracałem na nie uwagę tylko z recenzenckiego obowiązku. DSBM to przede wszystkim klimat, a Illusions Funestes obrazuje jak wygląda płyta bez tego klimatu. Podsumuję to tylko jednym słowem: niespecjalnie. I mimo, że chłopaki starają się inspirować najlepszymi (czasami nawet za bardzo, jak w przypadku tytułowego kawałka zbyt bardzo brzmiącego Thy Light), to za mało. Kawałki są tu bez polotu, kompozycja jest jako-taka a sami muzycy bardziej skupiają się na poszczególnych elementach niż muzyce jako całości. Voyage Macabre jest bez polotu, Mort, jako praktycznie ostatni utwór, nudzi niemiłosiernie a Intro i Outro to w sumie ładne melodyjki, niemające jednak większego celu i sensu. Do tego strasznie wkurzała mnie maniera wokalna krzykacza, odchodząca od suchego zawodzenia na rzecz mokrych bulgotów. Nie wychodzi to zbyt depresyjnie.

Nie znaczy to jednak, że płyta żadnych zalet nie ma. Na Demence pojawia się fajne zastosowanie wokali dodatkowych, brzmiących jak upiorne zawodzenie rodem z horroru. Dobrze wypadła też partia na Corps Dans Un Corps składająca się z wiolonczeli i fortepianu. Także produkcja nie jest najgorsza, choć mógłbym sobie wyobrazić lepszą. Pochwalę natomiast muzyków i ich umiejętności. Szczególnie basistę, który nie dość, że słyszalny, to bawi się w melodyjne wybiegi (na Intro chociażby), dodając Suicidal Madness miłego plusa. Natomiast layout pasuje do muzyki bardzo dobrze. Jest szary i w gruncie rzeczy nijaki.

Może to moja wina, że zbytnio się na Suicidal Madness nastawiłem. Może kto inny wskoczy w klimat Illusions Funestes jak Piotr Łuszcz z okna, kto wie. Jak dla mnie ta płyta jest przeciętna, i choć nie jest dnem, to nie widzę większego sensu w słuchaniu jej. Nie, gdy dalej cieszę się ostatnim Deadlife a na horyzoncie świecą nowi Psychonauci.

Ocena: 6/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .