Warszawska kapela w ubiegłym roku dała o sobie znać kompilacją The Fall, stanowiącą połączenie Weird Tales i Shiny Void – obu doskonałych EPek zespołu. Od jakiegoś czasu po sieci szaleją Nightmare i Crawling Pain, czyli single z pierwszego pełnego albumu, który właśnie wychodzi na powierzchnię.
W pierwszych nagraniach Weird Tales pięknie żenił elementy doom metalu ze stonerową psychodelą i sludge’owymi wibracjami. Hell Services Cost A Lot przynosi trochę zmian – na pierwszy plan wychodzi ogólny ciężar, klasyczny doom metal i więcej gitarowego hałasu. Już pierwsze takty mocno kojarzą się z Electric Wizard z najlepszych czasów, zarówno w rzeźbieniu chwytliwych motywów, jak i sposobie prowadzenia wokalu. Doszły rozbudowane, momentami hipnotyzujące solówki (Madness) i garść dźwięków o tempie minimalnie szybszym od jadącego pod górę walca na wolnych obrotach. Warstwa riffów ociera się o stonerowy kanon i czasami przywołuje na myśl wczesny Cathedral (Crawling Pain), ale warszawiakom daleko do nachalnego naśladownictwa. Struktury i szkielety utworów, co prawda są przefiltrowane przez klasykę gatunku, ale chłopaki mają głowy pełne własnych pomysłów i nie boją się lepić dźwięków po swojemu. W środkowych partiach pozwalają sobie na zapętlanie co lepszych motywów (kapitalny Nightmare) i gitarowe odjazdy w postaci dość natchnionych solówek. Nie zabraknie też psychodelicznych wycieczek, skierowanych zarówno w mroczne rejony charakterystyczne dla sludge, jak i tych lżejszych, zawieszonych między eklektycznością Pallbearer a space rockowymi mirażami Witchcraft. Mogłoby się wydawać, że za dużo tych inspiracji, w których łatwo się pogubić, ale na Hell Services Cost A Lot wszystko cudownie się klei w demoniczną całość.
Brzmieniowo zespół trafia gdzieś między Amerykanów z Windhand a kapelę Jusa Oborna, a to już klasa sama w sobie i jeden z najmocniejszych punktów albumu. Jest gniotący kości ciężar, jest zielsko, diabeł i cała masa piekielnego klimatu. Podejrzewam, że znajdą się tacy, dla których wokal będzie zbyt czysty, za mało „metalowy”. To już kwestia gustu i doświadczeń, jedni wolą ciężej, inni lżej, ale trzeba podkreślić, że przymglony, rozwleczony i nieco schowany pod ciężarem gitary głos Dimy świetnie wpisuje się zarówno w mocarne riffy, jak i bardziej „uduchowione” motywy. W najśmielszych snach nie pomyślałbym, że ktoś jest w stanie grać taką muzę lepiej niż kilka czołowych kapel diabelskiego kręgu, a tu proszę. Weird Tales nie kombinuje, nie bawi się w półśrodki, nie robi nic na siłę. Chłopaki szyją dźwiękową zagładę w sposób, który jest w stanie zawstydzić największych gigantów sceny.
Zespół w absolutnie doskonały sposób przemyca dobrze rozumianą inspirację wszystkim, co stanowi sól doom metalu i z całym bagażem przypisanych mu i pasujących odniesień, dodaje mnóstwo swoich pomysłów, kapitalne brzmienie i jedyny w swoim rodzaju pokład szaleństwa. W efekcie możemy cieszyć się rewelacyjnym w formie i treści albumem, z całkiem oryginalnym podejściem do sprawy. Pierwsza płyta Weird Tales to może jeszcze nie rewolucja na skalę świata (chociaż kto wie), ale na rodzimej scenie około-doom-metalowej zespół już jest bezkonkurencyjny. Absolutnie doskonałe.
Ocena: 10/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022
Tagi: 2019, doom metal, doom/sludge/stoner, Hell Services Cost A Lot, recenzja, review, Weird Tales.







