Abysmal Growls of Despair – “Between My Dead” (2015)

Na tego typu albumie powinien być umieszczony komunikat w stylu “Minister Zdrowia ostrzega – słuchanie płyty może powodować depresję i stany lękowe”. Wprawdzie widząc na wkładce napis “Funeral doom metal from France”, teoretycznie powinienem być przygotowany na to, jakie dźwięki mogę usłyszeć, ale wkrótce okazało się, że wcale nie byłem.

Jeszcze otwierający płytę instrumentalny Misanthropy, w którym rolę główną gra wiolonczela, nie wskazuje na to, co za chwilę nastąpi, ale już pierwsze sekundy drugiego w kolejności End of Previous Life spowodowały, że przez następne 40 minut całkowicie poddałem się muzyce płynącej w słuchawkach. Na pierwszym planie bardzo nisko strojony bas, którego wibracje poczułem aż w żołądku i klatce piersiowej. To było dopiero preludium, gdyż jak tylko pojawił się wokal, wpadłem w totalnego psychicznego doła. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek słyszał taki głos. Niski basowy, bulgoczący growl powoli recytujący kolejne wersy, ale w taki sposób, że nawet mając tekst przed oczami trudno się zorientować jakie słowa właśnie padły. Wszystko w potwornie powolnym tempie i przy świdrującym uszy, jednostajnym dźwięku gitary. Klimat nie zmienia się w New Beginning. Atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Znane już nam tony basu i gitar w pewnym momencie ustępują miejsca akustycznym dźwiękom akompaniującym odgłosom brzękających łańcuchów i przesuwanych nagrobnych płyt. Kiedy rozpoczyna się The Feat przez głowę przechodzi mi myśl czy dam radę przesłuchać płytę do końca. Jest to przedostatni utwór, ale wciąż 21 minut muzyki przede mną. Czułem się, jakby jakaś niewidzialna siła chwyciła moje narządy wewnętrzne, ściskała je,  drażniła i próbowała wyssać duszę. Zamykający album Wake Up otwiera smutno brzmiąca wiolonczela, do której wkrótce dołączają znane nam bas i wokal, ale końcówka utwory pozwala w końcu odetchnąć za sprawą lekkich dźwięków gitary.

Ukrywający się pod pseudonimem Handsvart Francuz, w trzech kwadransach przedstawia swoją wizję na temat śmierci. Poza Misanthropy pozostałe utwory trwają od 9 do 11 minut, ale ten hipnotyzujący, dronowy bas sprawił, że nie miałem żadnej świadomości upływu czasu. Sponiewierał mną wewnętrznie ten album, szczególnie przy pierwszym odsłuchaniu. Czułem, jakby moje ciało podlegało powolnej implozji. Z każdą sekundą coraz bardziej opadałem z sił i kuliłem się w sobie. Dawno żadna płyta nie dała mi tak popalić, ale warto było.

Ocena: 7,5/10

Łukasz

Tagi: , , , , , .