Mag – „Mag II: Pod Krwawym Księżycem” (2022)

Mag zatacza coraz szersze kręgi w rodzimym metalu, zyskuje coraz większą rozpoznawalność, wszystko to bardzo słusznie. Zaliczam się do tych, na których debiutancki album czarnoksiężników z Torunia zrobił kolosalne wrażenie. Patrząc na to, co dzieje się teraz z zespołem i ile się o nim mówi i pisze, można by zaryzykować stwierdzeniem, że Mag wcisnął się do panteonu polskiego stoner-doomu, a przecież akurat w tej muzyczce do zaoferowania mamy całkiem sporo. Czy to wszystko oznacza, że Potężnemu Magowi udało się przełamać Klątwę Drugiej Płyty? Wychodzi na to, że tak.

Mag II: Pod Krwawym Księżycem to godny następca debiutu. Oczywiście cechą charakterystyczną Maga od samego początku był fajny gimmick, znalezienie na siebie fajnego, nieogranego do bólu pomysłu, gdzieś na rozdrożu między fantastyką rodem z gier RPG a dziwnym okultyzmem, może czasami okraszonym nawet jakąś taką stylistyką taniej, kolorowej fantastyki, którą wszyscy znają i kochają – jedni dlatego, że pamiętają ją z dzieciństwa, inni dlatego, że pokazało im ją Stranger Things. Na swojej drugiej płycie kwintetowi udało się całą tę stylistykę jeszcze bardziej zgrać ze sobą, trybiki zostały jeszcze lepiej posmarowane i wszystko jest jakieś bardziej klimatyczne, jakby potrzebowało czasu, żeby się przegryźć. Ten dziwny, oniryczno-mglisty klimat, jaki unosi się nad albumem, jest w dużej mierze zasługą Konstantego Mierzejewskiego, który – głoszę to nie od dziś – jest jednym z najciekawszych, najoryginalniejszych i najbardziej utalentowanych wokalistów i tekściarzy w obecnym metalowym grajdołku. To on wydaje się być gościem, który miesza w kociołku, jego niebanalne pomysły, złamane frazy, zabawy językowe naprawdę wciągają i bawią, z jednej strony dają wrażenie, że obcujemy z czymś tajemniczym i niebezpiecznym, a z drugiej przypominają, że to tylko zabawa. Konstanty jest znakomitym aktorem, błyskotliwym interpretatorem, przez co słuchacz wierzy mu bez zastanowienia.

Ale czym byłby wokalista bez reszty zespołu? Czy Gargamel miałby sens bez Klakiera? Otóż nie. I wypada mi też docenić, jaką robotę robi reszta Maga na swojej drugiej płycie. Nie ma tu odkrywania prochu i koła na nowo, jest bardzo dużo prostoty i repetytywnych riffów bazujących na motoryce i zagruzowanym brzmieniu. Ale tego właśnie Magowi trzeba, on potrzebuje siły, a nie zwiewnych dźwiękowych pajęczynek. Bardzo duże i organicznie brzmiące bębny wydają się pełnić wręcz rytualną funkcję, szczególnie w tych upiornych i ciężkich zwolnieniach (jak na przykład w W tym domu wszystko było stare czy nieco Monolordowym Alchemiku). Podlanie delikatnymi synthami tu i tam dodaje trochę psychodelii, aczkolwiek na pierwszym planie – jak to w tej stylistyce być powinno – jest riff. Mag nie gra niczego nowego, ale w końcu w tym stoner doomu wszystko było stare. Ale, jak wiele bardzo przeciętnych kapel każdego dnia udowadnia, wziąć stare i zagrać tak, żeby wciąż było fajne, to sztuka.

Mój ulubiony moment na albumie to Alchemik, potężny utwór, który na przestrzeni dziewięciu minut zalicza kilka zawijasów, rozpoczyna się od klasycznego ultraciężkiego doomowego riffu, brnie przez lekko psychodeliczne uspokojenie, by sfiniszować niczym sludge’owy potwór z bagien. Ale bardzo doceniam to, że Mag potrafi zajrzeć w różne rejony, by nadać im własny charakter, jak choćby w pustynnym Tryktraku czy ponownie okrutnie sludge’owym Akuszerx Cthulhucenu.

Na swoim drugim albumie Mag udowadnia zatem, że udany debiutancki krążek nie był przypadkiem, a zarazem cementuje swoją pozycję jednego z najciekawszych bandów z gatunku „ciężko” w kraju, w którym ciężko. Jest to jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy album stanowi zarówno zabawę formą, jak i hołd dla niej. Mam poczucie, że wszystko jest, jak być powinno. Niezwykła to przyjemność.

10/10

Mag na Fejsbuniu: tutaj

Sprawdź też: Wij, Candlemass, Czerń, Three Eyes of the Void, Hypnosaur

nmtr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , .