Kto lubi doom metal, ręka do góry! Ja nie lubię, co często-gęsto ogłaszam wobec świata. I rzadko kiedy zdarza się, żebym ich słuchał. Dlatego jak już mi się zdarzy o czymś mówić to raczej jest dobre. Albo z przymusu. W tym przypadku raczej to drugie, choć przyznaję, że nie było najgorzej.
Akem Manah jest całkiem świeżym (choć to raczej złe określenie w kontekście doomów) projektem. Głównym hasłem reklamowym tej ekipy jest uczestnictwo (ex)członków Nile i White Zombie, choć tendencji do takiego grania nie znajdziecie. Znajdziecie natomiast dziewięć utworów trwających prawie godzinę. Trzeci krążek amerykańców początkowo był wydany przez Freak Metal Records, a całkiem niedawno wznowienie wydało Possession Productions. I tym wznowieniem się zajmuję.
CeDek zaczyna się całkiem niezgorzej, przyzna to nawet taki marudny laik, jak ja. Pierwszy, introsowy Dark Rituals brzmi mniej więcej tak, jak określa to promocja: doom metal z ciągotkami do okultyzmu i podlany tu i ówdzie śmiercią. Podlany, bo takich elementów jest niewiele. Dużo więcej na płycie stonera, co pozytywnie mnie zaskoczyło, a także wspomnianego occultu. Nie jest to poziom stricte occult grania, spotykanego na nagraniach Cult of Fire lub Sabbath Assembly (przyznaję, niebo a ziemia, ale skłonności te same), ale jest odczuwalny i przyjemny. Rytualne zaśpiewy, klawisze przywodzące na myśl organy, to wszystko tworzy ładnie mroczną, zadymioną atmosferę. Z drugiej strony, mam wrażenie, jakby ten „mrok” był podany żartobliwie, z przymrużeniem oka… a może to po prostu moje głupoty. Z takich occultowych fragmentów najlepiej wyszło intro do Worship In Fire, który w ogóle jest fajnym kawałkiem i po kolei z balladowego początku ewoluuje w doom typu Candlemass/Black Sabbath a potem jeszcze ciężej. Sabbathów zresztą słychać na płycie często-gęsto, wydają się być jedną z dwóch głównych inspiracji. Drugą winni być Electric Wizard. Stoner wyskakuje z płyty gęsto, zarówno w dawkach niewielkich, jak i totalnie odjechanych i psychodelicznych (solówka do Worship In Fire, Nightwish, końcówka Possession of Nun czy doomowo-stonerowe jamy na Unholy Horror). Wspomniany Possession of Nun jest zresztą chyba najlepszym utworem całego nagrania. Długaśny, odpowiednio rozbudowany, monumentalny, pełen stonerowego i rytualnego klimatu. Kurde, nawet sami muzycy stwierdzili, że ten kawałek jest zajebisty, bo The Twisted Rites of Satan’s Bride jest praktycznie identyczny.
I tu przechodzimy do największej bolączki Demons of the Sabbat: wtórności. Wiem, wiem, nie moje klimaty, nie znam się i w ogóle pewnie jestem kryptogejem, ale doomy, których słucham (Evoken, Eye of Solitude) nie brzmią tak samo. A Akem Manah brzmi. Perka pracuje podobnie, riffiarnia jest niezróżnicowana, a wokalna zmiana następuje dopiero na ostatnim Demons Rise. I to tylko dlatego, że udziela się tam gościnnie Adam Richardson (nie wiem, kto to, ale w książeczce widnieje).
I weź teraz wystaw jakąś ocenę. Z jednej strony nie podobało mi się, z drugiej strony byłem prawie przekonany, że mi się nie spodoba z samej racji bycia wolnym, a z trzeciej jednak nie było najgorzej. Wyobrażam sobie, że fanom spowolnienia może się spodobać. Z racji tego ocenę możecie sobie z lekkim sercem olać i sami stwierdzić.
Ocena: sam sobie stwierdź
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2016, Akem Manah, death metal, Demons of the Sabbat, doom metal, kapitan bajeczny, Possession Productions, recenzja.







