Astrophobia – „Black Zodiac” (2009)

Na okładkę tej płyty ktoś przykleił naklejkę, głoszącą, co następuje: „space heavy psych rock goes industrial”, a pod tym podpisali się niejacy „Vibravoid feat. Dr. Koch”. Z internetu dowiedziałem się, że Vibravoid to jakiś niemiecki zespół psychodeliczno rockowy, a Christian Koch jest jego liderem i gitarzystą. Czyli płytę rekomenduje mi ktoś, kogo nie znam i kto mnie kompletnie nie obchodzi. Ale za to jak ją rekomenduje! „Space heavy psych rock goes industrial”, czyli kurwa co? Nie dość, że samo „space heavy psych rock” jest dla mnie już mieszanką absurdalną, to jeszcze to wszystko wzięło i stało się industrialne.
Jakby tego było mało, tekst wydrukowany pod listą piosenek twierdzi, że: „According to the celestial rules of cosmic domination by the interstellar super evil our music recreates the astrological hypersonic frequency of black oblivion” (pozwólcie, że pozostawię to bez tłumaczenia). Okej, pewnie, lubię muzyczne odjazdy, zarówno te psychodeliczne, jak i kosmiczne. Lubię też jak muzyce dodaje się jakiegoś kontekstu, czasami rytualnego, czasami społecznego. Lubię, jak artyści są nieco sfreakowani. Astrophobia przegięła jednak na dzień dobry.
Muzyka też jest przegięta w każdą stronę. Black Zodiac zaczyna się od Black Zodiac Rising, ośmiominutowego kolosa, który trzeszczy przesterami, jakimiś dziwnymi dźwiękami, prostacką rytmiką i denerwującą melodeklamacją wokalisty. Z początku wydaje mi się to interesujące, bo faktycznie ten numer jest w jakiś minimalny sposób przekonywający, ale im dalej, tym gorzej. W pewnym momencie (i to dość szybko) orientuję się, że te przesterowane do granic możliwości gitary grające proste rzeczy, ta pozbawiona proporcji perkusja i te trzaski, które nigdy nie milkną, brzmią mniej więcej tak, jakby Astrophobia powstała w jednej z pierwszych wersji GuitarPro, gdzie zamiast w miarę realistycznych brzmień instrumentów powsadzane były chamskie midi. W takim środowisku ktoś napisał 50 minut muzyki, przemielił to przez komputer, dodając trochę sampli i jeszcze więcej wkurwiających trzasków, no i oczywiście wokale. Bo czymże byłaby dobra muzyka bez tekstów w stylu: „Evil demon fucked my soul / Fallen angel sucked my dick / It’s black zodiac rising / Evil demon fucked my soul”. Kurwa, gratulacje, panie poeto. Ani to prowokujące, ani ciekawe, ani w jakikolwiek sposób dobre. Po prostu pełen debilizm.
Żeby nie było tak totalnie źle, to pozwólcie, że wespnę się na wyżyny optymizmu i napiszę, że odnalazłem na Black Zodiac Rising kilka momentów, które mogą być w miarę strawne, jeśli już zmorzycie się alkoholem lub czymś innym na tyle, że przestanie wam przeszkadzać brzmienie i przestaniecie rozumieć słowa. Interstellar Super Evil brzmi na tek przykład jak jakaś taka sprymityzowana wersja Roba Zombie (jakby sam Rob Zombie nie był jeszcze wystarczająco prymitywny). Mistress of Fate mogłoby być całkiem zgrabnym numerem, gdyby zostało zagrane na normalnych instrumentach i gdyby zostało skrócone o połowę. Podobnie z bonus trackiem A Galaxy Full of Secrets, ale ten należałoby skrócić o dwie trzecie.
Podusmowując: dużo w życiu słyszałem, ale czegoś takiego, jak zaserwowała mi Astrophobia, jeszcze nie. Mam świadomość, że w undergroundzie można dużo, podziemie dużo przyjmuje i wybacza, więc pewnie członkowie zespołu w dalszym ciągu żyją sobie i nikt nie postawił im zarzutów gwałtu na sztuce. Wiem, że w undergroundzie każdego miesiąca ukazuje się wiele perełek, albumów z muzyką świeżą, dotąd niespotykaną i odkrywczą. Wielokrotnie miałem szczęście na takie trafiać. Dlaczego zatem ostatnio trafiają mi się takie gówna?

2/10

PS. Nigdzie w sieci nie znalazłem żadnej muzyki Astrophobia, którą mógłbym wam ku przestrodze podlinkować. Ale w sumie nie ma czego żałować, jak chcecie okropności to pooglądajcie sobie kanały informacyjne.

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

Tagi: , , , , , , , , .