Mam duże zaufanie do Rutkosia i Vincenta – w jakiekolwiek muzyczne rejony by tego duetu akurat nie rzuciło, to zawsze wychodziło im jeśli nie złoto, to przynajmniej jakiś porządny kruszec. Ostatnimi czasy rzuciło ich w rejony stonerowe. Nie jest to dla nich pierwszyzna, wszak obaj muzycy współtworzyli wcześniej choćby Vagitarians. Ich nowy twór, Taxi Caveman, to trio, które uzupełnia basista i wokalista Bartosz Nauman.
Taxi Caveman nie rewolucjonizuje gatunku, ale utylizuje wszystkie jego zasady. Jeśli szukacie takiego klasycznego, nagranego wedle wszelkich prawideł stoner rocka, to album będzie dla was. Można się bawić w skojarzenia i wymieniać klasyków, których echa tutaj usłyszycie, możecie wspomnieć o praktycznie wszystkim od Wo Fat czy Sasquatch po Stoned Jesus i Nebula. A to dlatego, że trio bardzo kurczowo trzyma się obranej stylistyki, co jest w sumie zaskakujące, biorąc pod uwagę jak bardzo Rutkoś i Vincent lubią się wypuszczać w dowolne strony.
Ale też trzeba uczciwie stwierdzić, że cały album jest naprawdę porządnie zrobiony. Od naprawdę dużego, sprężystego brzmienia (z bardzo ładnym, ciepłym basem i wyraźnym każdym perkusyjnym detalem, co przy grze Vincenta jest ważne, bo to świetny pałker), po same piosenki, które są po prostu dobre – wszystko trzyma się kupy i jest na naprawdę satysfakcjonującym poziomie. Taxi Caveman pokazują też, że czują tę stylistykę i poruszają się swobodnie po całej je szerokości. Nie ma tu ściemy albo grania dlatego, że to modne. Album więc, choć zawiera zaledwie sześć numerów, pokrywa spore pole w stonerach. Trio radzi sobie w bardziej przestrzennym, chyba moim ulubionym Prisoner, ale też pełen powera Asteroid cieszy michę (zwłaszcza, że kojarzy mi się z muzyczką moich faworytów z Dozer), a album zamyka jeszcze psychodeliczno-spejsowy Empire of the Sun i też jest to przyjemny trip. Jest więc i Tony Iommi, i kosmos, i rock’n’roll.
Pojawiła się już wcześniej nazwa Stoned Jesus i nie bez powodu – Taxi Caveman potrafią brzmieć bardzo podobnie, co nie jest żadną wadą rzecz jasna, ale dzielą z sympatycznymi Ukraińcami jeszcze jedną cechę: potrafią ulepić stonerowego hita. Otwierający album Building the Fire będzie bez wątpienia ważnym koncertowym punktem, ale i gdzie indziej nie brakuje blasku. Przewodniego riffu z I, the Witch nie mogę wyrzucić z głowy od dłuższego czasu. Sabbathowy Prisoner z rozbujaną gitarą i basem to też potencjał na klasyk.
Spieszę zatem z radością stwierdzić, że Taxi Caveman to solidny kawałek stonerkowego mięska. Problem jednak w tym, że jeśli sama ta stylistyka jest dla was zbyt nudna, a potrafię sobie wyobrazić, że tak jest, to album będący świadomie w samym jej środku i nie wychylający się nigdzie indziej też nie wzbudzi zachwytu. Dla mnie ta płyta jest zaskakująco odświeżającym przeżyciem – dawno nie czułem się tak dobrze z albumem, który nie wnosi nic nowego do stylistyki, która zjadła własny ogon dziesiątki razy. Jest trochę tak, jakby Taxi Caveman zdmuchnęli dla mnie kurz ze stosikiem płyt z napisem „stoner”. Dzięki!
9/10
Taxi Caveman na fejsie: tutaj
Sprawdź też: Uranus Space Club, Hydra, Moonstone, Spaceslug, Stonerror, Psyhoes
- Only Sons – Through the Night Again (2026) - 10 kwietnia 2026
- UKĆ – „Anomalie-Upadek konającego ćwierćwiecza” (2026) - 5 marca 2026
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026






