MAG – „MAG” (2020)

Mój kuzyn miał „Magię i miecz”. Kiedy mając niewiele lat, w wakacje lub ferie zimowe wyczerpywaliśmy już wszystkie pomysły zmarnowania czasu, otwierał szafkę i z jej dna wyciągał sfatygowane pudełko z grą. Na dobrą sprawę zagraliśmy wspólnie chyba tylko kilka razy – jego kompletnie to nie wciągało. Ja natomiast, jak tylko otwierałem rozkładałem planszę i wyciągałem karty, znikałem w grze totalnie. Nie musiałem nawet grać – fascynowała mnie mnogość postaci, zaklęć, znakomite rysunki, klimat. Nawet nie pamiętam fabuły, być może nigdy nie przebrnąłem przez przydługi wstęp. Ale było w tym wszystkim coś, nomen omen, magicznego, co wciągało mnie bez reszty i syciło moją dziecięcą wyobraźnię na długie godziny.

Teraz jestem stary i zdziadziały, a moją wyobraźnię może wypełniać co najwyżej lista zajęć, których mógłbym się podjąć, żeby starczyło do pierwszego. I nie powiem, żeby tej magii z dzieciństwa mi jakoś brakowało, żebym za nią jakoś tęsknił – ot, było, minęło, jak wiele innych rzeczy sprzed co najmniej dwóch dekad. Jakaś szufladka w mojej głowie pozostała jednak chyba niedomknięta całkowicie, bo dość szybko i bezproblemowo przyjąłem porcję czarnej magii od toruńskich debiutantów z grupy MAG.

„Magia to potęga” głosi napis witający posiadacza płyty po jej otwarciu. To chyba nie jest reguła, ale MAG postarali się, żeby móc się pod tym podpisać z czystym sumieniem. Ich doom jest z rodzaju tych najczarniejszych, zupełnie niewzniosłych, wręcz przeciwnie – sunących ciężko po ziemi. Od pierwszego na albumie Kambion daje stęchlizną (choć w tej kategorii rządzi Czarci chwost), ale od razu wjeżdża też zaklęcie ultraciężkiego brzmienia i czerni. Samotnik z Providence, hołd dla Lovercrafta, przeplata ekstatyczny, mantrowy spokojniejszy fragment, z najpotężniejszym z doomów. Najszybsze Pragnienie ucieka w niebezpieczne szaleństwo, a wspomniany Czarci chwost eksploruje wszystkie tradycje gatunku, podlewając je melodyjną solówką. W taki sposób, przy pomocy prostych zabiegów, grupa buduje ten naprawdę wciągający album.

MAG jest głośny i tajemniczy, krzyżuje ze sobą Electric Wizard z estetyką niektórych starych dokonań Romana Kostrzewskiego (vide znakomity Samotnik z Providence). Efekt jest naprawdę miodny. Dostajemy zestaw posępnych numerów stawiających w gruncie rzeczy na efekt, a nie drogę do jego osiągnięcia. Rządzi rytm i głośność. Sporo jest tu skrótów, muzycy nie chcą silić się na przesadne aranże i nie wiadomo jakie wygibasy, bo to wszystko mogłoby MAGa osłabić. A ten słaby być nie chce. Jeśli nie dotrze do słuchacza swoją soniczną siłą, to spróbuje wsączyć mu do ucha trochę psychodelii. Tutaj głównym czarownikiem jest Konstanty Mierzejewski, wokalista, którego możecie znać z Diuny (Diuny jest w MAGu personalnie jeszcze więcej). W sumie jestem nawet zaskoczony, jak dobrze wypadł poza Diuną. Owszem, w obu przypadkach rządzi psychodelią, ale podczas kiedy w macierzystej kapeli pławi się w świadomym kiczu, to w MAGu sięga po inne środki wyrazu, nie unika szaleńczych wrzasków i growli, jakby płonął na stosie (albo ten stos pod kimś podpalał).

Porcja czarów zaserwowana na debiutanckim albumie nie jest przytłaczająca. Cztery kolosy, z których najkrótszy ma sześć i pół minuty, plus epilog w postaci Dobieram następną z talii zaklęć, podczas którego MAG rzuca na słuchacza ostateczne zaklęcia. To w pełni wystarczy, żeby całkowicie docenić zespół, a jednocześnie nie wyczerpuje tematu – z chęcią poddam się tym czarom po raz kolejny. Póki co mogę jedynie odpalić płytę od nowa i ponownie zanurzyć się w świecie „Magii i miecza”, by zejść razem z bohaterami gry i płyty do lochów. Czas pokaże, co MAG zaoferuje słuchaczom w przyszłości, ale w tej chwili „magia to potęga”.

Ocena: 9/10

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

Tagi: , , .