MuN – „Presomnia” (2020)

W życiu każdej muzycznej szufladki przychodzi taki moment, że rozrasta się za bardzo, przez co zaczyna zjadać własny ogon. Wtedy właśnie kolejni artyści zaczynają być nieodróżnialni od innych, wszyscy już bez krępacji kopiują tuzy gatunku, a nowe płyty brzmią jak dyskografia AC/DC – powtarzają wypracowane schematy, różnią się detalami, które najczęściej są nie do zauważenia przy pierwszych 30 przesłuchaniach, a do tylu nawet przecież nie dojdzie. Tak właśnie jest z całą tą stonerowo-psychodeliczną sceną. W ostatnich kilku latach naroiło się mnóstwo kapel, ale tylko jakiś marny procent choćby próbuje się jakoś od reszty wyróżnić. Ile kopii Elder czy Yob jesteśmy w stanie przetrawić?

Gdzie w tym jest wrocławski MuN? Album Presomnia pozwala sądzić, że po tej lepszej stronie rzeki. Może jeszcze nie obiema nóżkami, może na tle innych kapela nie wyróżnia się jeszcze jak Yao Ming pośród przedszkolaków, ale coś jest na rzeczy.

Pierwsze wrażenia są złudne. Presomnia zaczyna się od Intro, które brzmi jak synteza wszystkiego, co w gatunku dzieje się w każdy możliwy dzień powszedni. Wiecie: każdy próbuje być progresywny i oniryczny jednocześnie, a potem się okazuje, że wszyscy rozumieją progresję w taki sam sposób i na dodatek śnią o tym samym. Potem jest jednak zdecydowanie lepiej. Możecie zatem spokojnie przejść do rzeczy i odpalić sobie Scowl. W nim MuN wykłada na tacy, co ma najlepszego – balansowanie między wlokącą się sennością, a wciągającym post-metalem i doomem. Z tej ciągnącej się psychodelii jako pierwszy wyrasta Ozimir, przeskakując z mantrowego, niskiego śpiewu po growle brzmiące chwilami niczym jakby kilka wersów dokrzyczał Marcus Bischoff z Heaven Shall Burn. Od tego momentu MuN zaczynają sprawiać na Presomnii wrażenie nieco pogodniejszego, mniej poruszającego, ale też bardziej bezpośredniego Yob. Zespół plącze ze sobą kilka podstawowych inspiracji desert rockiem i nieco bardziej klimatycznym space’owym graniem, żeby zbudować coś, co jest nieco bardziej charakterystyczne. W odróżnieniu od masy kolegów po fachu, MuN nie próbują na siłę bardzo skomplikowanych patentów, wręcz przeciwnie. Idą w proste, rozciągnięte do granic możliwości aranżacje i riffy, mocy oddziaływania dla swoich pomysłów upatrując w odpowiednim polepieniu klocków. Bawią się też gęstością tkanki, którą lepią – w mającym nieco wschodni posmak Topple intensyfikują partie, ale też wpuszczają trochę światła i kilka klasycznych, progowych momentów, by potem zaserwować absolutny sludge’owy gwałt w przerywniku Deceit, a jeszcze później doomowego potwora Verity. Ta żonglerka emocjami nie jest jednak do końca skończona, bo przez większość albumu MuN kręcą się w okolicy tych samych temp i brzmień, ryzykując przewidywalność. Koniec końców jednak z potyczki wychodzą zwycięsko, choć balansują na bardzo cienkiej linie.

Co do jednego jestem pewien – są na tym albumie momenty, które na żywo powinny wgniatać w podłogę. Wspomniane numery Scowl i Verity w połączeniu z parentezą w postaci Deceit to moi faworyci. Presomnia jako całość ma swoje wady i jako taka raczej nie trafi w gusta kogoś, kto dopiero rozpoczyna swoją przygodę w muzycznych psychodelikach. Ale dla kogoś bardziej oblatanego w temacie może stanowić ciekawe poprzestawianie schematów. One bowiem wciąż tam są, MuN korzysta z patentów sprawdzonych i obecnych na albumach innych artystów od dekad, ale układa je po swojemu. Choć te klocki nie są jeszcze rozrzucone w zupełnie nowym porządku, kwartet wydaje się dość systematycznie je przestawiać. Indywidualny charakter grupy jest już wyczuwalny na tyle, że trudno byłoby ten album utopić w zalewie innych, szczególnie, że rodzima scena psychodelików nie jest znowu aż tak bogata i urozmaicona. I dlatego już teraz Presomnia jest warta uwagi tych, którzy lubią polecieć w górę lub w dół ze słuchawkami na uszach.

7/10

MuN na Facebooku – tutaj

Sprawdź też: MAG, Hydra, Stonerror, Power Plant, Diuna, Miist

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

Tagi: , , , , , .