Sandbreaker – „Sandbreaker” (2019)

sandbreaker

Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Potrafię sobie wyobrazić, że używam tego przysłowia jako komplementu dla jakiejś płyty, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że robię to w przypadku Sandbreaker, debiutanckiej EP-ki rybnickiego zespołu o tej samej nazwie. W kwadransie zarejestrowanej muzyki nie znajduje się bowiem wiele więcej ponad dobre chęci, a to niestety już nie wystarczy.

Sandbreaker spróbowali swoich sił w muzyce z pogranicza stoner doom i death metalu i być może tu jest pies pogrzebany, bo wiecie jak to z doom metalem jest – wszystkim się wydaje, że to proste, bo gra się wolno i repetytywnie, a potem słuchacz dostaje całą płytę złożoną z jednego riffu, jednostajnego rytmu i usypia na drugim kawałku. Odpowiedź na pytanie dlaczego nie każdy może być jak My Dying Bride albo Monolord znajduje się być może między innymi na Sandbreaker. W czterech utworach grupa nie zaoferowała absolutnie nic, co mogłoby mnie przyciągnąć, zaciekawić, zaskoczyć czy zaimponować mi. Ich muzyka jest po prostu generyczna dla swojego gatunku. Pewnie, mówimy o doom metalu, tutaj od mniej więcej 1969 roku niewiele się zmieniło, więc byłbym ostatnim naiwniakiem, gdybym oczekiwał od Sandbreaker przełomu i wymyślania prochu. Ale jednak wciąż można mi zaimponować – ciekawym riffem, świetnym brzmieniem, może po prostu różnie definiowaną muzykalnością. Tymczasem na EP-ce tego nie ma. Brnę przez nią w sumie bez trudu, nie zatrzymuję się na niczym, bo nic mnie nie przyciąga. Gdyby w windach i supermarketach grano doom/death, to Sandbreaker mógłby trafić na plejlistę. Jeśli przesłuchacie pierwszy na płytce Seasons of the Plow, możecie sobie odpuścić resztę – to najciekawsze, co Sandbreaker ma na EP-ce do zaoferowania. Złożyło się na nią kilka nieciekawych riffów, które wcale nie zyskują z każdym kolejnym powtórzeniem, do tego trochę prostych perkusyjnych patentów i zaflegmione growle rodem z płyt wydawanych przez 20 Bucks Spin (tak sobie myślę, że to akurat chyba komplement). Efektem jest bardzo przeciętna muzyka, po prostu kolejna płyta, której autorzy chcą zyskać na zagruzowanym do bólu brzmieniu. Nie przykryje ono jednak braku dobrych pomysłów, którymi grupa mogłaby się wyróżnić.

A teraz wykonam logiczną żonglerkę i napiszę jeszcze, że nic mnie też na tym albumie nie wkurza. Nic mnie nie odrzuca. Nic mi nie przeszkadza. Czy to zaleta, czy efekt miałkości? W tej chwili uznaję, że może to kwestia tego, że zespół opanował podstawy pisania takiej muzyki, ale nie wychylił się jeszcze poza nie. Dlatego, reasumując, a jednocześnie sięgając do nowomowy polskich komentatorów piłkarskich, mógłbym określić Sandbreaker mianem „solidnego ligowca”. Jest okej, czasami pierwszy skład, czasami ławka, nic nie zawali, nic nie dorzuci od siebie, póki co możesz go wymienić na „solidnego drugoligowca” i nikt nie zauważy większej różnicy. Ale kto wie, może za 5 lat czymś błyśnie? Póki co, końcowa ocena to środek tabeli.

PS. Widziałem, że po zeszłorocznej EP-ce Sandbreaker wypuścili jeszcze longplej Worm Master. Obiecuję, że sprawdzę, czy to już ten moment, w którym solidny ligowiec może myśleć o czymś więcej. Nie obiecuję, że się przemyśleniami podzielę.

PS 2. Sandbreaker wymyślili sobie, że będą zespołem tematycznym i oparli cały koncept na Diunie. Nie, żeby to jakoś wpłynęło na końcową ocenę, bo nie zmienia to absolutnie nic, ale chyba warto wspomnieć.

5/10

Sandbreaker na Facebooku – klik.

Sprawdź też: Tamam Shod, Dogzilla, Earth Ship, Dopelord, MAG, Mary & The Highwalkers

nmtr
Latest posts by nmtr (see all)

About nmtr

Pisał wszędzie i o wszystkim. Nudzi mu się.
This entry was posted in Recenzje. Bookmark the permalink.